Umierasz,
Bezdźwięcznie wychodzisz tylnymi drzwiami ze sceny życia

Bezdusznie patrzysz na to, co pozostawiłeś,
Tak palą się obrazy, tusze i twoje zmarszczki
Umierasz sekundą świata skacząc z jej hiperboli,

 by móc się roztrzaskać gdzieś blisko liczby pi( )
Rodzi się
nieznośna
lepkość bytu
co złącza to
co niechciane

Skleja mą duszę
lepką mazią w trumnę
pieszczotliwie zwaną
pogardą

Ile jeszcze trwać będzie
ten tajemny krąg dusz
niby bliskich
a jednak mi nieznanych
i bawić się będą
mną, moją głową
i moim życiem?