Ziewem przywitał ten dzień... wystrzelał się ze stawów rzucając okiem na nierealność.


Znowu tu jestem, lecz to już jest innością. błahym spojrzeniem, mrugnięciem, przewiewem.


Spojrzał w lustro, jedna zmarszczka więcej, jedna słabość mniej.


To dziś nucąc pod nosem "liberté" podskoczył w dziurawych skarpetach


Oto drodzy państwo ogłaszam wszem i wobec niezależną i liberalną republikę umierania za nić, drwin bez nuty nepotyzmu.


Dumny z siebie obserwator założy kapnie i szurając podążył pod tron.

W ogniu śmiechu i szyredy stajemy naprzeciw siebie.


  


Mózg => strzał => miazga

milczenie owiec, rzeź pośród myśli

odbijam piłeczkę kolorowo namacalną 
mieni się czernią i kolorem wina
wyciągam szmatę i czyszczę ścianę

fale alpha

lekkość
palcem rysuje uśmiechy na skurzonym blacie
zostaną ze mną na chwilę
nieznośną lekkością bytu
zawijam  wokół szyi
wchodzę na krzesło
ciężkie są tylko myśli i dłonie
gaszę światło
rozkołyszę się
aż poczuję uścisk
wrzenie krwi

spadnę i wytrącę się zasadą
ciepło rozgrzeje nocne koszmary
będę sztucznie blady

to będzie mój dzisiejszy sen, to będziesz ty, lub ja na sen dobry,

Kulał
głowę chowając w ramiona
nie mówiąc prawie nic snuł się
między zaświeconymi lampami

stukał
źle podbitymi podeszwami
kaszlem ptaki odstraszał
dźwiękami ludzi odganiał

Slavor nukur est parkatus
loteer epist meca wiekka

Spróbował raz podskoczyć
ni to z radości,ni to z wiarą że potrafi

teraz z uśmiechem leży martwy
tuż przy brukowym dywanie
wylał się niczym zupa ciepła
niedoprawiona
niedogotowana
nie mogąca nikogo nakarmić

a oko jego jeszcze się turla
próbując dostrzec kraniec świata.

stan.


drżę zaklęty,
pod wpływem narkotyku

to on wychodzi ze mnie
spala się

wypuszczam w powietrze statki
napowietrzne marzenia

to on zaklina węże
czyni niebezpiecze harmonią

ogarnia mnie synfonia,
nie potrafię nic więcej

zapomnieć się
sztucznie zmniejszając  źrenice

zapominam oddchać...

las

Różewicz napisał wiersz
zaczynał się on tak.

"Nie było nas był las

Nie będzie nas będzie las" .

Las rośnie, umiera każdej zimy
rodzi się wraz z wiosną.
Wypuszcza pąki, błądzi w liściach.
Staje się silnym
 milczy nad tym co przeżył
zszył każdą bliznę z mrozem
zalał kalusem

Chcesz usłyszeć las
nachyl ucho
słuchaj w tej ciszy
szelestu, śpiewu, bijącej ziemi
szumu potoków, tysięcy żywych organizmów
których nie widzisz

w

Pokój,
z holu przechodzi zdyszany drżący
patykiem pisany majaczący
zamyślony nad spraw tysiącami
udaje że wie jak jedną z nich rozwikłać
Z głowy rwie włosów kilogramy
przewraca w nerwach oczami
zarozumiały
  rozumiały
     nie zrozumiany...


Zjeżdżam schodami mechanicznie w dół
 I piętro
parter
minus pierwsze piętro
garaże

Snuje się
nie napotykam na twarze
rysuje
szpecę się w odbiciu własnym
rozbijam stwardniałe części ciała

Zachłannie chcę
miech chcę, posiadać
ale nie w głowie mi próżna kasa
jednym słowem się kryje
jedne słowo wspominam
i na nie patrze z oddali.
Słowo na być
bez kropek wielokropków nieskoczenie wielu znaków
zegar znów przypomniał mi o chaosie jeszcze nie przeżytych znaków