poskramiać dni
rozłączać codzienność
od niecodziennych chwil
złapanych za rękę

wić się i skręcać w kulę
hiperboliczny ukłon
w kierunku nieszczerych
gier karcianych
mimik twarzy
rozsypanych kluczy
które wziąć by być?

stawiam na skłonności
samobójcy
który płynie po chodnikach
prawie nie widzialny
stawiam na szczere łzy
melancholii błysk
co pod wieczór snuje się
w kącikach ust
rysuje deszczem
powieki przymknięte
wiatr zamarł w piersiach

wciągam dym
by ukryć tę część
powierzchni przeklętych

nie, dziś tylko usiądę
patrząc
a jutro zasieję ziarno
oddech goni oddech
myśli gonią myśli
próbują się złapać
choć dzień jest za krótki

tkwię w tym chaosie
choć wyrwać się staram
nie jest mi to dane
życie zapierdala

a usiąść tylko pragnę
na skale
tam w Tatrach
wchłaniać zapach świerczyn
i szlaki poganiać

wziąć kartkę papieru
napisać od serca
i swą tępą kreską
naszkicować wieczór
nie czekaj
na chwile
te uśmiechy
z lekka
pochyłe

nie oczekuj
słowa
pociechy
za chwile
już ich
nie będzie

skroń swoją
przytul
bezwiednie
do stołu

ulżyj słońcu
twarz schowaj

nie oczekuj

dłonie dziś będą
całym światem
rozświetla się mit
poczęcia na nowo
wiekuistość spoczęła
na niczym

próżno nasz szukać
oczekiwań do spełnień

czas zebrać myśli
rozplatać nici
tandem zdarzeń
rozdzielić

podać dłoń
wystukuję palcem nutę
kołyszącą się na minie
twarz swą chcę wykrzywić dumnie
w rytmie deszczu już w południe

złączam zmarszczki
krew nie płynie
ze zmęczenia
pot nie spłynie

wargi moje
już nie w mowie
milkną chwile
sekundowe

płynąć stratą
rokiem pełnym
spławić szczęście
te przebiegłe
rodzi się
pożądanie
kłótni

zatrzec twarz
spokojnej
maski

włożyć knebel
w usta prostego
niezrozumienia

i trzasnąć drzwiami
niedopowiedzenia