rozgniatasz mnie
myślą o myśl
że w twoich myślach
jest myśl o mych myślach
rozpęta się psychoza
o stopach idących
gdzieś w kierunkach
bliższych niż sądzę
bo ginę i rodzę się
marzeniem w tę noc
nie inną od wczoraj
czego ci brak?
witaj,
jak się czujesz?
co to znaczy?
spłodziłeś marzenia
lustrzanym odbiciem
zarysowały
bicie serca
obrzęk jest zbyt wielki
by zmieścił się
w ramy śwata
doczesności
siedzę nad kawą
słucham posłańców
ręka drży w złości
święty święty święty
posłańcu nicości
schowaj swe
płonne wieści
dla miękkich gąbek
ja stoje na krawedzi
własnej świadomości
spoglądam na bogów
codziennych motłochów
głos 1: byłem
głos 2: jestem
głos 3: będę
głos 1: "naprawdę marzyłem"
głos 2: "ciągle marzę"
głos 3: "marzeniem będę się żywił"
głos 1: "zaprzeczyłem sobie samemu"
głos 2: "dobrze zrobiłeś, popatrz na mnie"
głos 3: "zastanawiam się co zrobicie, abym ja się pojawił"
trzem głosom jestem
słychać, nie słucham
zaprzeczam i skarżę się
na odwagę sidła zasadzę
za niekompletność
wypić nie wzgardzę
bo nic Ci nie dam
bo nic już nie mam
uśmiechem nie pogłaszczę
słowem nie zagoszczę
gdy mam już dość
to ciągle skacze
stąpam po morzach
znów od niechcenia
bogowie drodzy
coście zrobili
bym w poczet święty
nie mógł wejść żywy?
głos 2: jestem
głos 3: będę
głos 1: "naprawdę marzyłem"
głos 2: "ciągle marzę"
głos 3: "marzeniem będę się żywił"
głos 1: "zaprzeczyłem sobie samemu"
głos 2: "dobrze zrobiłeś, popatrz na mnie"
głos 3: "zastanawiam się co zrobicie, abym ja się pojawił"
trzem głosom jestem
słychać, nie słucham
zaprzeczam i skarżę się
na odwagę sidła zasadzę
za niekompletność
wypić nie wzgardzę
bo nic Ci nie dam
bo nic już nie mam
uśmiechem nie pogłaszczę
słowem nie zagoszczę
gdy mam już dość
to ciągle skacze
stąpam po morzach
znów od niechcenia
bogowie drodzy
coście zrobili
bym w poczet święty
nie mógł wejść żywy?
zaszył się mgłą poranek
schował pod poduszką
myśli, poszarpane karty
z pamiętnika
zgubić się zapragnął
i nie odnaleść
wisieć nad chodnikami
przy błogim milczeniu
Słyszysz burzę w pobliżu?
to ona twardą stopą
rozgniata codzienność
i wyje twrogą
Słyszysz burzę w pobliżu?
proszę, uwierz w to
że nie warto zatracać
pozostawiać strachu
tylko żyć w kłębie
zaplątanych
sprzecznych
zdarzeń
schował pod poduszką
myśli, poszarpane karty
z pamiętnika
zgubić się zapragnął
i nie odnaleść
wisieć nad chodnikami
przy błogim milczeniu
Słyszysz burzę w pobliżu?
to ona twardą stopą
rozgniata codzienność
i wyje twrogą
Słyszysz burzę w pobliżu?
proszę, uwierz w to
że nie warto zatracać
pozostawiać strachu
tylko żyć w kłębie
zaplątanych
sprzecznych
zdarzeń
Oczy patrzyły cicho
na cień błądzący
po piwnicy
śledziły ruch i oddech
niekończącą się chwilą
Ramiona zaniemogły
skrzyżowane na ścianie
nie ich siłą zwrócone
ku modlitwie
ku błaganiu
Czas zaprzestał liczyć
zabrakło mu już dłoni
myśli już nie odwiedzały
jego głowy
Zabrakło człowieczeństwa
rozmów
śmiechu
marzeń
wspomnień
jedyne czym się żywił
to oczekiwanie
na cień błądzący
po piwnicy
śledziły ruch i oddech
niekończącą się chwilą
Ramiona zaniemogły
skrzyżowane na ścianie
nie ich siłą zwrócone
ku modlitwie
ku błaganiu
Czas zaprzestał liczyć
zabrakło mu już dłoni
myśli już nie odwiedzały
jego głowy
Zabrakło człowieczeństwa
rozmów
śmiechu
marzeń
wspomnień
jedyne czym się żywił
to oczekiwanie
Z dłoni starł się ślad
ucichły mocno zaciśniętę
palce w pięści
milcząco wzdychają
do ciepłych i głatkich
przedmiotów trzymanych
na ozdobę
Z dłoni znikł już smak kurzu
wciągnięty po przeszukiwaniu
starych porzuconych fotografii
Teraz dłonie szlifują szybę
zapłakaną deszczem
spowitą pyłem mieszczańskiego bytu
Drapią, próbują wydostać się
poza świat
Złapać złudzenia pieszczotliwie
ucichły mocno zaciśniętę
palce w pięści
milcząco wzdychają
do ciepłych i głatkich
przedmiotów trzymanych
na ozdobę
Z dłoni znikł już smak kurzu
wciągnięty po przeszukiwaniu
starych porzuconych fotografii
Teraz dłonie szlifują szybę
zapłakaną deszczem
spowitą pyłem mieszczańskiego bytu
Drapią, próbują wydostać się
poza świat
Złapać złudzenia pieszczotliwie
Złapał wiatr za rękę, chciał spojrzeć mu w oczy. Spotkać i wgłębić się w oko cyklonu.
Złapał wiatr za rękę, chaotycznie i nie obliczalnie zaskoczył zefir tuż przy promenadzie.
Złapał wiatr za rękę szarpiąc mocno, z całych sił jak tylko potrafi, nic to nie dało.
Wiatr uciekł mu przez palce,
Nie zostawiając śladu na dłoni, na twarzy.
Sprytnie i delikatnie musnął go po policzku, wijąc się wokół.
I hulał nucąc prawie niesłyszalnie "Nie dogonisz mnie, nie złapieszzzzzzzzzzzz...."
Uleciał ciepłym powiewem.
Stał tak przez chwile trwając w zadumie
Stał tak przed odbiciem w jeziorze
Z fal pozostały tylko leniwe zmarszczki.
Wejść,
tak, zanurzył stopy, potem uda, brzuch szyję
nie zawahał się, choć pływać nie umie.
Złapał wiatr za rękę, chaotycznie i nie obliczalnie zaskoczył zefir tuż przy promenadzie.
Złapał wiatr za rękę szarpiąc mocno, z całych sił jak tylko potrafi, nic to nie dało.
Wiatr uciekł mu przez palce,
Nie zostawiając śladu na dłoni, na twarzy.
Sprytnie i delikatnie musnął go po policzku, wijąc się wokół.
I hulał nucąc prawie niesłyszalnie "Nie dogonisz mnie, nie złapieszzzzzzzzzzzz...."
Uleciał ciepłym powiewem.
Stał tak przez chwile trwając w zadumie
Stał tak przed odbiciem w jeziorze
Z fal pozostały tylko leniwe zmarszczki.
Wejść,
tak, zanurzył stopy, potem uda, brzuch szyję
nie zawahał się, choć pływać nie umie.
zmienia
mieni się w niebie
mlekiem zachodzi
rozpływając się
w szklance niepogody
staje się tworem
podobnym
do człoweka
z kamienia
nieruchomym
słowem zatartym
o brudnych rękach
stać będzie
na nudę
łapiąc
kurz z podłogi
zmierzyć się
wzrokiem
nigdy nie pozwoli
spode łba
patrzy
na uciekające
dni
noce
tracić się
w bólu
trawić
w czystej formie
w sen zapadnę
przy nim
jak dziecko
śnić nie będę
wcisnę się
w kanty
pomiędzy ściay
mieni się w niebie
mlekiem zachodzi
rozpływając się
w szklance niepogody
staje się tworem
podobnym
do człoweka
z kamienia
nieruchomym
słowem zatartym
o brudnych rękach
stać będzie
na nudę
łapiąc
kurz z podłogi
zmierzyć się
wzrokiem
nigdy nie pozwoli
spode łba
patrzy
na uciekające
dni
noce
tracić się
w bólu
trawić
w czystej formie
w sen zapadnę
przy nim
jak dziecko
śnić nie będę
wcisnę się
w kanty
pomiędzy ściay
gwiazd nie widzę
gwiazd nie słyszę
milcząco
błogo
stopniem na północ
nożem kołyszę
patrzę
w lustrzane odbicie
rys na lustrze
już nie liczę
A może wyrzucić
te meble te myśli
na bruk
gdzie ich miejsce
a może miejsce
jest jeszcze gdzie indziej
nie tu
nie tam
nie przy tobie
nie przy mnie
więc nabijam
w armatę rzeczywistości
siebie w proszku
i kulę nicości
by wystrzelić się
w chuj daleko
re-new-able
I pomyśleć, że słodycz nie związana jest z glukozą.
Iść gdzieś, nieważne, iść
tam ludzie tracą twarz
z imion obdarci
z imion zatarci
Zamykać oczy gotowi
po cóż są oczy
o cnót wszelka głębino
o cnót niepojęta przyczyno
milcząco rysujesz
czy to od niechcenia?
palcami zamki na wiatr flagi zwrócone
Iść gdzieś, nieważne, iść
tam ludzie tracą twarz
z imion obdarci
z imion zatarci
Zamykać oczy gotowi
po cóż są oczy
o cnót wszelka głębino
o cnót niepojęta przyczyno
milcząco rysujesz
czy to od niechcenia?
palcami zamki na wiatr flagi zwrócone
od roku czasu na jej barkach
Spoglądam na zegar,
nie dziwiąc się wcale.
Spoglądam na dłonie
i drzazgi na palcach
Minął już rok, a może więcej
kiedy przybyłem na to miejsce
I już nie gubię się w jej sercu
stolicy ulic zachłannym biegu.
Pokorny jestem ?
może mniej...
Zadarty jestem ?
może może...
i wiem nie jedno o jej duszy
tak
Karci
Wygniata
Męczy
Spowalnia
Zmusza
Powala
Drażni
i Zraża
ale pomimo jej szczerych chęci robi coś jeszcze...
WYZWALA.
nie dziwiąc się wcale.
Spoglądam na dłonie
i drzazgi na palcach
Minął już rok, a może więcej
kiedy przybyłem na to miejsce
I już nie gubię się w jej sercu
stolicy ulic zachłannym biegu.
Pokorny jestem ?
może mniej...
Zadarty jestem ?
może może...
i wiem nie jedno o jej duszy
tak
Karci
Wygniata
Męczy
Spowalnia
Zmusza
Powala
Drażni
i Zraża
ale pomimo jej szczerych chęci robi coś jeszcze...
WYZWALA.
złapią mnie
te wszystkie stany
psychozy
psychodelii
paniki
nim zgaśnie światło
będę śmiać się
prosto w oczy
złapią mnie
nim wybije północ
po czym sam
na znak skruchy
obsypię się popiołem
swojej duszy
wyleje ciepłą
woń żądzy
nim mnie złapią
te wszystkie stany
milcząco przystanę
nad brzegami
i czekać będę
nie bojąc się już więcej
te wszystkie stany
psychozy
psychodelii
paniki
nim zgaśnie światło
będę śmiać się
prosto w oczy
złapią mnie
nim wybije północ
po czym sam
na znak skruchy
obsypię się popiołem
swojej duszy
wyleje ciepłą
woń żądzy
nim mnie złapią
te wszystkie stany
milcząco przystanę
nad brzegami
i czekać będę
nie bojąc się już więcej
łapiesz mnie mrugnięciem oka
między plażą a cieniem morza
uczepiasz na sekundę
po drugiej puszczasz luzem,
bawię się tobą jak mleczem
dmuchawcem sobie polecę
i spijam usta twe smakiem
tak, jestem niegrzecznym rakiem
igram z kolejnym rankiem
zostawiam przy łóżku szklankę
tam usta Twe namiętne
gryzą ich brzegu miarkę
między plażą a cieniem morza
uczepiasz na sekundę
po drugiej puszczasz luzem,
bawię się tobą jak mleczem
dmuchawcem sobie polecę
i spijam usta twe smakiem
tak, jestem niegrzecznym rakiem
igram z kolejnym rankiem
zostawiam przy łóżku szklankę
tam usta Twe namiętne
gryzą ich brzegu miarkę
Dlaczego starasz się wyprzeć mnie z pamięci?
Zapomnieć o rozmowach i milczeniu
Wydrzeć mnie jak kartkę z pamiętnika
tą z błędem ortograficznym do kosza
Dlaczego milczysz kiedy nie powinnaś
powiedziałem coś niestosownego?
Chciałem byś była
Śmiał się i rozmową koiła myślenie
Opowiadała o swoich planach i podróżach
W zamian dostałem zaprzeczenie.
Zapomnieć o rozmowach i milczeniu
Wydrzeć mnie jak kartkę z pamiętnika
tą z błędem ortograficznym do kosza
Dlaczego milczysz kiedy nie powinnaś
powiedziałem coś niestosownego?
Chciałem byś była
Śmiał się i rozmową koiła myślenie
Opowiadała o swoich planach i podróżach
W zamian dostałem zaprzeczenie.
Wejdź za kurtynę,
odsłaniam ją
byś zobaczył wnętrze
chłodny pokój z kominkiem
kurz na stole i kwiaty zwiędnięte
na korytarzu ściany zadrapane
przechodzę tam codziennie
rysując dłońmi nowe kształty
schody na piętro z których skakać chciałem
łamiąc sobie kark duszy moralnej
tam resztki luster
tam spalone listy
pokój dzienny tam jest duże okno
wypatruje tam wschodów słońc milionów
oto jestem.
Usiądź
Zaparzę herbatę z miętą
Porozmawiamy
Tylko chwila kiedy widzę Ciebie smutnego
Tylko chwila kiedy widzę w ambulansie
Tylko chwila kiedy zakrywasz się dymem
Tylko chwila kiedy patrzę na gwiazdy
Unikam siebie samego kiedy patrzę na rysę
smakuję od nowa nie skrywając twarzy
Patrzę prosto w oczy
Nie bojąc się nocy
Patrzę, widzę, spodziewam się tylko następstw
z roztargnienia mogę usiąść
nie opodal bramy czasu
liczyć sekundami chleb
rozłożony na czynniki pierwsze
okruchy wciągać nosem
otuchy to nie doda
najeść się nie najem
czasu nie zabiję
z roztargnienia jeżdżę z górki
bez emocjonalnych hamulców
nie ważąc na to
czy się rozbiję
stłukę głowę czy wiarę w ludzi
jestem po to by z ryzykiem
wychodzić z siebie
przenieść górę
i znów usiąść patrząc w chmury
tuż przy bramie swej natury
nie opodal bramy czasu
liczyć sekundami chleb
rozłożony na czynniki pierwsze
okruchy wciągać nosem
otuchy to nie doda
najeść się nie najem
czasu nie zabiję
z roztargnienia jeżdżę z górki
bez emocjonalnych hamulców
nie ważąc na to
czy się rozbiję
stłukę głowę czy wiarę w ludzi
jestem po to by z ryzykiem
wychodzić z siebie
przenieść górę
i znów usiąść patrząc w chmury
tuż przy bramie swej natury
O.
Kiedy leżę, nie myślę
wchłaniam twoją bliskość
na pokuszenie wodzę wzrokiem
tonę między łykiem kawy a papierosem
Ranem witasz diabelskim uśmiechem
znikając na chwilę w ramionach
zapach się unosi zmieszany charakterystyczny
woń rozchodzi się po pokoju i w pamięci
wchłaniam twoją bliskość
na pokuszenie wodzę wzrokiem
tonę między łykiem kawy a papierosem
Ranem witasz diabelskim uśmiechem
znikając na chwilę w ramionach
zapach się unosi zmieszany charakterystyczny
woń rozchodzi się po pokoju i w pamięci
i ...?
i łapię w żagle dwa wiatry
wiatr ze wschodu i południowy
wiatr surowego spojrzenia
co braterską siłę wskrzesza
nie przewidziałem że tli się jeszcze
moc wyryta jeszcze w złości dziecka
tam gdzie wiele słów nie było wypowiedzianych.
Inny porywa wciąga plącze we mnie loki
gorącego podniecenia
wiatr ze wschodu i południowy
wiatr surowego spojrzenia
co braterską siłę wskrzesza
nie przewidziałem że tli się jeszcze
moc wyryta jeszcze w złości dziecka
tam gdzie wiele słów nie było wypowiedzianych.
Inny porywa wciąga plącze we mnie loki
gorącego podniecenia
Z jednej strony Ty,
Twoje sprawy, strachy i trudności
Z drugiej strony ja,
Moje życie zapomnienia i nowości.
Chciałbym być teraz i tu i tam
łapać swe życie tym mocniej
magnetyzmem przyciągać świat
I być dla Ciebie, wiem że potrzebujesz
a ja nie chce abyś poczuł się sam.
Jestem jestem jestem
Odwagi !! Sił !!
Twoje sprawy, strachy i trudności
Z drugiej strony ja,
Moje życie zapomnienia i nowości.
Chciałbym być teraz i tu i tam
łapać swe życie tym mocniej
magnetyzmem przyciągać świat
I być dla Ciebie, wiem że potrzebujesz
a ja nie chce abyś poczuł się sam.
Jestem jestem jestem
Odwagi !! Sił !!
Roztrzęsiony siedział w fotelu,
milczał przez chwilę trzymając w ręku kieliszek wina.
Z trudem opowiedział mi historie swoich ostatnich miesięcy
Nie była to prosta opowieść, łatwe przyznanie się do rzeczywistości.
Przyjąłem ją ze spokojem i dymem w ustach.
Zagubione oczy, zagubione myśli,
biegną gdzieś ku kochance, wybrance i niszczycielce.
Ręka zadrżała, głos przycichł, a dusza wyła.
Wiem, że chcesz walczyć, życzę Ci zwycięstwa
i podziwiam za upór.
Chcę abyś wiedział, że w spijaniu goryczy swoich błędów
mimo kilometrów nie jesteś sam.
15.07.2010 r.
Sprzątam skrzynkę mailową i natchnąłem się na wiadomość wysłaną z dnia 15.07.2010 r.
...Gdy ogarnia mnie cheć bycia blisko...
siedzę zamyślony, wyrwany z tej rzeczywistości na kwadrans
mnie tu nie ma, tak jakby mnie tu w ogóle nie było
jestem gdzieś o nie znajej na tej kuli ziemskiej szerokości geograficznej...
zapragnąłem ,,,
pragne nadal...
nie przestaje myśleć...
...dotyk...
...smak...
...szelest...
...drżę na samą myśl...
aby się nie zapomnieć.
zapragnąłem być blisko szczęścia...
szukałem miejsca gdzie mogę oswoić myśli
i nigdy bym nie przypuszczał że przybierze ono kształt
pięknej wrażliwej kobiety, która wtula się w moje ramiona.
Wiesz dziś patrzyłaś na mnie jak wtedy gdy pocałowałem Cię pierwszy raz,
Twoje oczy..............
.............................. to one dziś do mnie mówiły.
Czas szybko płynie do przodu!
I used to be.
Toastem będzie pomruk Twego spełnienia.
Pianą na wodę grzechy potępienia.
Zagryzam wargi nie wierząc w zwątpienia
Zachowałem słowa pragnąc ukojenia.
Za blizny płacę zmarszczką mimiczną
Zwykłem spacerować nad rzeką pobliską
Wciągam dym i śmieje się w niebo-głosy
Nie będę liryczny, raczej SARKASTYCZNY :P
nA hÓĆtawcE
rozpromieniŁ siĘ dziŚ dzieŃ
i rozdwoiŁ siĘ mUJ cieŃ
w nodzĘ leweJ maM teN cierŃ
ocH jaK pięknY byŁ tO pieŃ
pienI siĘ zE złoścI
peweN jegomoścI
zA tO RZE z pazernoścI
rozpierdoliŁ cudzĘ włoścI...
a na przekór w poważnych sprawach
w myśl, szlacheckiej krwi tytuły nadać
zdobią się na pokuszenie
wszyćkie warszawskie paniene
głodzić będą zmysły cudze
niech wyskoczą na podwórze
wszystkie psy i pieskie dusze.
so where is demage?
i rozdwoiŁ siĘ mUJ cieŃ
w nodzĘ leweJ maM teN cierŃ
ocH jaK pięknY byŁ tO pieŃ
pienI siĘ zE złoścI
peweN jegomoścI
zA tO RZE z pazernoścI
rozpierdoliŁ cudzĘ włoścI...
a na przekór w poważnych sprawach
w myśl, szlacheckiej krwi tytuły nadać
zdobią się na pokuszenie
wszyćkie warszawskie paniene
głodzić będą zmysły cudze
niech wyskoczą na podwórze
wszystkie psy i pieskie dusze.
so where is demage?
17:06
Wiadomość od obserwatora:
Jestem głuchy. Tylko jakby szum słyszę
nierozpoznawalny jak po wybuchy
atomowej bomby.
Krew strugami leci.
Widzę ją w każdym kącie,
za każdym odciśniętym butem.
Porywam się na szmer-
nieodłączny element płuc
A gdybym porwał się na skok
z trzeciego piętra galerii handlowej.
Jak szybko by mnie posprzątali?
Czy byłaby promocja w dziale mięsnym
i odzieży na wagę?
Powoli rozkołyszę swoje światy.
Rozmyślania bez wiadomości:
Jest przynajmniej jeden taki okres w życiu
gdzie kładziesz się spać i wstajesz wraz z nią.
Śmierć towarzyszy przy kawie i codziennej szarości
snując swe historie i opowiastki
Może to nie to, ale dlaczego przy 27 jest tyle samobójców?
Jestem głuchy. Tylko jakby szum słyszę
nierozpoznawalny jak po wybuchy
atomowej bomby.
Krew strugami leci.
Widzę ją w każdym kącie,
za każdym odciśniętym butem.
Porywam się na szmer-
nieodłączny element płuc
A gdybym porwał się na skok
z trzeciego piętra galerii handlowej.
Jak szybko by mnie posprzątali?
Czy byłaby promocja w dziale mięsnym
i odzieży na wagę?
Powoli rozkołyszę swoje światy.
Rozmyślania bez wiadomości:
Jest przynajmniej jeden taki okres w życiu
gdzie kładziesz się spać i wstajesz wraz z nią.
Śmierć towarzyszy przy kawie i codziennej szarości
snując swe historie i opowiastki
Może to nie to, ale dlaczego przy 27 jest tyle samobójców?
Tak, chcę
Powiedz dwa słowa, a ja stworze trzecie
Popatrz na niebo wgryzę się piekielnie
Na przekór czasu
Grać szatana będę
truflą Cię rozpieszczać
truflą Cię zdobędę
Rozzłościć Cię pragnę
Rozsypać jak perły
Kocem nie okryję
Zbyt jestem pazerny
Popatrz na niebo wgryzę się piekielnie
Na przekór czasu
Grać szatana będę
truflą Cię rozpieszczać
truflą Cię zdobędę
Rozzłościć Cię pragnę
Rozsypać jak perły
Kocem nie okryję
Zbyt jestem pazerny
o tym co roztrwonione
Prefabrykaty z rzeczywistości
zdjęcia z przeszłości
zdjęcia teraźniejsze
posty
postacie trumienne
walka o anonimy
chęć złączenia się w synonimy
Chcieć i móc coś sensownego wysnuć...
...a to tylko herbata z cytryną
pozostaje tą jedyną rzeczywistą
pijam łykiem łapczywym
rozgrzewam gardło, chcę krzyczeć !
zdjęcia z przeszłości
zdjęcia teraźniejsze
posty
postacie trumienne
walka o anonimy
chęć złączenia się w synonimy
Chcieć i móc coś sensownego wysnuć...
...a to tylko herbata z cytryną
pozostaje tą jedyną rzeczywistą
pijam łykiem łapczywym
rozgrzewam gardło, chcę krzyczeć !
Instrukcja.
Wpadła mi w ręce instrukcja przemiany wg Ewe Kokot. Zatem zacytuję:
Instrukcja przemiany:
1. Kup książę Virginii Woolf "ORLANDO"
2. Przeczytaj JĄ.
3. Jeżeli jesteś mężczyzną przebierz się w ubrania kobiety,
jeżeli jesteś kobietą ubierz sie w ubranie mężczyzny.
Instrukcja przemiany:
1. Kup książę Virginii Woolf "ORLANDO"
2. Przeczytaj JĄ.
3. Jeżeli jesteś mężczyzną przebierz się w ubrania kobiety,
jeżeli jesteś kobietą ubierz sie w ubranie mężczyzny.
Dziś przed północą
Nie otwieraj oczu
Kiedy noc jest w pełni
Pozwól moim dłonią
Nigdzie się nie spieszyć
Nabierz w nozdrza tlenu
Unieś biodra lekko
Pocałunkiem wzburzę
Krew nie tylko w ustach
Dym
Ciepło
Dotyk
Uśmiech
Napnij te ramiona
Odkryj zwiewne piersi
Uda są uległe
Wzrok nieskazitelny
Kiedy noc jest w pełni
Pozwól moim dłonią
Nigdzie się nie spieszyć
Nabierz w nozdrza tlenu
Unieś biodra lekko
Pocałunkiem wzburzę
Krew nie tylko w ustach
Dym
Ciepło
Dotyk
Uśmiech
Napnij te ramiona
Odkryj zwiewne piersi
Uda są uległe
Wzrok nieskazitelny
Nadwrażenie
nieważne
co się dzieje
mam swoje
chore
nad-wrażenie
wyzywasz mnie
od szaleństwa
krnąbrności
lekkiego
zapomnienia
czy zniewolenie
nie jest piękne ?
element
Okiem udaje latarnię,
Oświecam lunatykom
Drogę na piwiarnię
Palcem wciśniętym w ziemię
Wskazuję miejsce,
Gdzie pewnie trafię
Prozą zaszywam godziny
Łącząc oddechy
I drwiny
Nie jestem,
Nie byłem,
Nie będę.
Nie kroczę,
Nie latam,
Nie płaczę,
Kim jestem?
Oświecam lunatykom
Drogę na piwiarnię
Palcem wciśniętym w ziemię
Wskazuję miejsce,
Gdzie pewnie trafię
Prozą zaszywam godziny
Łącząc oddechy
I drwiny
Nie jestem,
Nie byłem,
Nie będę.
Nie kroczę,
Nie latam,
Nie płaczę,
Kim jestem?
Re...
W dzisiejszy wers wykoleja mnie jedna strofa.
Tramwajowa niepogoda.
W wierszu, czy w rozmowie
proszę.
Daj spać,
wstać i położyć się
w przeświadczeniu.
Lekko stąpać mimo kamieni milowych
przypiętych do szyi.
Tramwajowa niepogoda.
W wierszu, czy w rozmowie
proszę.
Daj spać,
wstać i położyć się
w przeświadczeniu.
Lekko stąpać mimo kamieni milowych
przypiętych do szyi.
mizantropia
Szkło, po prawej roztrzaskało się na ścianie
Spływa leniwie wino po farbie, po wardze
W lustrze tysiące twarzy, żadna moja
Twojego cienia też nie ma, och jaka szkoda
Budzę się w autobusie, setki kilometrów
Od pękniętych klisz, gdzieś o czasie
Teraz co rano wypijam mocne kakao
Stojąc w oknie podpisuje każdy dzień
imieniem swoim. To cyrograf pełny błędów
Szkłem rysuję podłogę, na podłodze tylko śmieci.
Spływa leniwie wino po farbie, po wardze
W lustrze tysiące twarzy, żadna moja
Twojego cienia też nie ma, och jaka szkoda
Budzę się w autobusie, setki kilometrów
Od pękniętych klisz, gdzieś o czasie
Teraz co rano wypijam mocne kakao
Stojąc w oknie podpisuje każdy dzień
imieniem swoim. To cyrograf pełny błędów
Szkłem rysuję podłogę, na podłodze tylko śmieci.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)