rozgniatasz mnie
myślą o myśl
że w twoich myślach
jest myśl o mych myślach

rozpęta się psychoza
o stopach idących
gdzieś w kierunkach
bliższych niż sądzę

bo ginę i rodzę się
marzeniem w tę noc
nie inną od wczoraj
czego ci brak?

witaj,
jak się czujesz?
co to znaczy?

spłodziłeś marzenia
lustrzanym odbiciem
zarysowały
bicie serca

obrzęk jest zbyt wielki
by zmieścił się
w ramy śwata
doczesności

siedzę nad kawą
słucham posłańców
ręka drży w złości
święty święty święty

posłańcu nicości
schowaj swe
płonne wieści
dla miękkich gąbek

ja stoje na krawedzi
własnej świadomości
spoglądam na bogów
codziennych motłochów
póki oddech łapiesz
jak stąpać po granicach
i wyrwać marzeniami oczy
kulić się łykając z butonierki
łzy zmęczonej kobiety

po nocy wstać niewzruszonym
mimo potu ściekającego
na koc wyrzutu sumienia
i nie czekać na nic

to ja, biegnij, skryj się
bo rozszarpię ciało
wypatroszę żywcem
bez wzruszenia 
stój!
oddam mój pistolet
jeszcze ciepły
nasycony
krzykiem
skowytem

weź!
po czarnej ulicy
wleczony
cieżarem
ołowianej
myśli

precz!
z oczu zniknij
krwi litości
nieznany
smakiem
najedzony
srogo patrzy
 na swe  wyklęte
nie urodzone dzieci
samobójcy

mnożą się głosy
jakoby przedszkolne
bękarty były za tobą
nie dwa nie trzy
tuziny
lecz więcej i więcej
gapiąc się
i szeptając
aż kolana uginasz
pod własnym ciężarem
mróz przepowiada
szybki sen
oby się ziścił przed
oddaniem
głos 1: byłem
głos 2: jestem
głos 3: będę

głos 1: "naprawdę marzyłem"
głos 2: "ciągle marzę"
głos 3: "marzeniem będę się żywił"
głos 1: "zaprzeczyłem sobie samemu"
głos 2: "dobrze zrobiłeś, popatrz na mnie"
głos 3: "zastanawiam się co zrobicie, abym ja się pojawił"

trzem głosom jestem
słychać, nie słucham
zaprzeczam i skarżę się
na odwagę sidła zasadzę
za niekompletność
wypić nie wzgardzę
bo nic Ci nie dam
bo nic już nie mam
uśmiechem nie pogłaszczę
słowem nie zagoszczę

gdy mam już dość
to ciągle skacze
stąpam po morzach
znów od niechcenia
bogowie drodzy
coście zrobili
bym w poczet święty
nie mógł wejść żywy?
dzisiejszej nocy
nie napiszę nic,
chociaż tak bardzo
chciałbym
nie umiem nazwać
stanów w których trwie
i ile ich tak naprawdę jest

więc zanurzę się w ciszy
czekając na słońca blask
i zamknę oczy mocno
udając, że nie słyszę
 łez
i wołania

słabnę
serce leniwie
przetłacza myśl
o pracy
rodacy, co krew
bliźnich macie
na dłoniach
w pracy
zatraćcie się
gdy słabnę ja
matka wasza ziemia
Czegóż Ci trzeba?
Czego nie masz,
a nie poszukujesz?
Mówisz i marzysz,
pragniesz i oczekujesz.
Lecz  poza poczuciem
osłabienia i niemocą
nie dajesz.
Kto nie chce być kochany
niech przyłoży głowę do ściany
I do miejsca płaczu
wrzuci resztki czasu
słowo odrzucone przez pisarza
stało się ...
początkiem fabuły
o śmierci twórcy.
spójrz,
uschło drzewo życia
nie dając nasienia

połamało swoje
niebagatelne
niecierpliwe
konary

czas zbliża
do ekshumacji
siły woli

powoli...

złam,
powiekę na pół
złóż,
usta na dwa
policzki

szeptem wytrzyj
łzy spływające
z tuszem po krawędzi

Chorym z urojenia
staje się
na pokuszenie
szarych drwin
z zaświatu
drugiej strony ulicy

I will keep
the nearby street
like empty things. 
So far I can do
clear a mind and heart
zaszył się mgłą poranek
schował pod poduszką
myśli, poszarpane karty
z pamiętnika

zgubić się zapragnął
i nie odnaleść
wisieć nad chodnikami
przy błogim milczeniu

Słyszysz burzę w pobliżu?
to ona twardą stopą
rozgniata codzienność
i wyje twrogą

Słyszysz burzę w pobliżu?
proszę, uwierz w to
że nie warto zatracać
pozostawiać strachu

tylko żyć w kłębie
zaplątanych
sprzecznych
zdarzeń
przedzieram się
między gwiazdami
między ławkami

krążę po cichu
po głowach kilku
tu zostawiam ślady

stać na chwilę
potem podążać
łapiąc nieulotne

wdychać woń
przygnębiającą...

dłonią już w domu
choć to daleko
głaszczę  po szkle
rysy twe
Obróć się
zmów pacież
wyjdź
na spotkanie
Krzykiem
spowij
usta
Swe
Mową
przenikaj
ścian twardy
stan.


Ręce skrępowane
niemożnością
brakiem chęci
strachem?
odrąb
po co ręce

tej nocy wchałaniam
stany
pod powiekami
zaplątane
Oczy patrzyły cicho
na cień błądzący
po piwnicy
śledziły ruch i oddech
niekończącą się chwilą

Ramiona zaniemogły
skrzyżowane na ścianie
nie ich siłą zwrócone
ku modlitwie
ku błaganiu

Czas zaprzestał liczyć
zabrakło mu już dłoni
myśli już nie odwiedzały
jego głowy

Zabrakło człowieczeństwa
rozmów
śmiechu
marzeń
wspomnień
jedyne czym się żywił
to oczekiwanie

ciśnienie miesza mi w głowie
swoją niepogodę
trąca się o ściany
pozostawia ślady

na krwi wyryte znaki
piętrzą się
potęgując zmiany

ciśnienie wypacza me grzechy
nie obiecując być bielszym nazajutrz
krąży rakiem na dzień i noc w pełni
znów pozostawia niedołęgi

Z dłoni starł się ślad
ucichły mocno zaciśniętę
palce w pięści
milcząco wzdychają
do ciepłych i głatkich
przedmiotów trzymanych
na ozdobę

Z dłoni znikł już smak kurzu
wciągnięty po przeszukiwaniu
starych porzuconych fotografii

Teraz dłonie szlifują szybę
zapłakaną deszczem
spowitą pyłem mieszczańskiego bytu
Drapią, próbują wydostać się
poza świat
Złapać złudzenia pieszczotliwie
słów nie uczepiony
bez słowa
niepocieszony
srogą zimę
z trudem przespać
nic nie jest w stanie
powstrzymać
drżących dłoni

zbliża się
snuje po kątach
wije się strach
czołga zniewolenie
pokrzepić może
tylko zniechęcenie

i nikt tak na prawdę nie wie
gdzie,
po co
i dlaczego
wiązać się trzeba
i zapadać

Złapał wiatr za rękę, chciał spojrzeć mu w oczy. Spotkać i wgłębić się w oko cyklonu.
Złapał wiatr za rękę, chaotycznie i nie obliczalnie zaskoczył zefir tuż przy promenadzie.
Złapał wiatr za rękę szarpiąc mocno, z całych sił jak tylko potrafi, nic to nie dało.
Wiatr uciekł mu przez palce,
Nie zostawiając śladu na dłoni, na twarzy.
Sprytnie i delikatnie musnął go po policzku, wijąc się wokół.
I hulał nucąc prawie niesłyszalnie "Nie dogonisz mnie, nie złapieszzzzzzzzzzzz...."
Uleciał ciepłym powiewem.

Stał tak przez chwile trwając w zadumie
Stał tak przed odbiciem w jeziorze
Z fal pozostały tylko leniwe zmarszczki.
Wejść,
tak, zanurzył  stopy, potem uda, brzuch szyję
nie zawahał się, choć pływać nie umie.

Kruki i wrony
żrą kolejne istnienia

mienią się oczy
żółte ze zniechęcenia

do setna spraw
brakuje tylko tchnienia

setki, kuli
i odważnego myślenia





Chodzi mi po głowie
choć już nie pamiętam
ani rys ani smaków

Odbija mi się czkawą
w twarzach ludzi
napotkanych

I kiedy nie myślę
przychodzi sama
siada na murku
patrzy


w stu słowach
w stu myślach
w stu dłoniach
w stu chwilach
nie słychać
nie biegać
nie czuć
nie być
   w jednym milczeniu
   w jednym zapomnieniu
   w jednym oddechu
   w jednym osamotnieniu
   tak towarzyszyć
   tak zatracić
   tak zgasnąć
   tak tonąć
Rozbiera mnie słowem
rzuconym na wiatr
na kamień opuszcza
resztki siebie
wciąga powietrze
pełną piersią
na pokuszenie...

Twarzą zwróconą na wschód
gasi część nieba
lamp półmrok zawstydza
szczerym śmiechem
zamazane karty 
placem pochłania



zmienia
mieni się w niebie
mlekiem zachodzi
rozpływając się
w szklance niepogody

staje się tworem
podobnym
do człoweka
z kamienia
nieruchomym

słowem zatartym
o brudnych rękach
stać będzie
na nudę
łapiąc
kurz z podłogi

zmierzyć się
wzrokiem
nigdy nie pozwoli
spode łba
patrzy
na uciekające
dni
noce

tracić się
w bólu
trawić
w czystej formie

w sen zapadnę
przy nim
jak dziecko
śnić nie będę
wcisnę się
w kanty
pomiędzy ściay
za kratą,
za światem,
znajdę Cię
zadławię się
uduszę
tę myśl
stukot
w potylicy
rozbiję
o brzasku
na murku
w piwnicy

wyrywa się
od środka
rodzi się i ginie
w tchnieniu
serca

chcę dotknąć jej
przed zmrokiem
wiecznym
iskrą rozpalić
na powrót
i tlić się

tabula rasa.

Nie,
nie ma,
nie obchodzi mnie
jeśli istniejesz, istniej
jeśli nie istniejesz
nie istniałeś nigdy.

Obecność wyobcowana
czy moje
wyobcowanie obecności

czy, czy, czy
warto pytać
zastanawiać się
wyzywać

nie,
nie idę
za tobą
ani
za niczym innym

nie
nie
nie

...kaseta wymazała nagranie...


Silni słowem.

Zakotwiczamy się
między słowami.
Milczymy
krzyczymy
Milczymy...

Zbieramy
z ust słowa
wypowiedziane
wszywając nicią
za kaftan ubrania

A dziś Ci powiem
tak od niechcenia
że spałem z kobietą
najlepszą przyjaciółką

Upijesz się ze mną???


 



gwiazd nie widzę
gwiazd nie słyszę
milcząco 
błogo
stopniem na północ
nożem kołyszę
patrzę
w lustrzane odbicie
rys na lustrze
już nie liczę

A może wyrzucić
te meble te myśli
na bruk
gdzie ich miejsce

a może miejsce 
jest jeszcze gdzie indziej

nie tu
nie tam
nie przy tobie
nie przy mnie

więc nabijam
w armatę rzeczywistości
siebie w proszku 
i kulę nicości
by wystrzelić się 
w chuj daleko

re-new-able

I pomyśleć, że słodycz nie związana jest z glukozą.

Iść gdzieś, nieważne, iść
tam ludzie tracą twarz
z imion obdarci
z imion zatarci

Zamykać oczy gotowi
po cóż są oczy

o cnót wszelka głębino
o cnót niepojęta przyczyno

milcząco rysujesz
czy to od niechcenia?
palcami zamki na wiatr flagi zwrócone



przyjdź proszę
niezauważalna
niespokojna
niemoralna
przyjdź proszę
rankiem
wieczorem
w godzinach południowych
przyjdź proszę

uwolnij mnie od myśli
od dnia i nocy

chcę szybkiej śmierci
ból wliczony w cenę

od roku czasu na jej barkach

Spoglądam na zegar,
nie dziwiąc się  wcale.
Spoglądam na dłonie
i drzazgi  na palcach
Minął już rok, a może więcej
kiedy przybyłem na to miejsce
I już nie gubię się w jej sercu
stolicy ulic zachłannym biegu.

Pokorny jestem ?
może  mniej...
Zadarty jestem ?
może może...
i wiem nie jedno o jej duszy
tak
Karci
Wygniata
Męczy
Spowalnia
Zmusza
Powala
Drażni
i Zraża
ale pomimo jej szczerych chęci robi coś jeszcze...
WYZWALA.
złapią mnie
te wszystkie stany
psychozy
psychodelii
paniki
nim zgaśnie światło
będę śmiać się
prosto w oczy

złapią mnie
nim wybije północ
po czym sam
na znak skruchy
obsypię się popiołem
swojej duszy
wyleje ciepłą
woń żądzy

nim mnie złapią
te wszystkie stany
milcząco przystanę
nad brzegami
i czekać będę
nie bojąc się już więcej
Wiem schowałaś się
pomiędzy wiśnią a trawą
Tam gdzie specjalnie nie chodzę
bo wiem co może mnie czekać

mówiłem o swoich trwogach
spełniły się
pozosawiły rysę na oku i ...
i patrze w okno na nowy pejzaż
na zmiejiający się obraz
zachłannie tak
porywasz mnie
wiatrem
spojrzeniem 
gładką skórą
Twoim spełnieniem

zachłannie tak
czuję muzykę
wgryzam się
drapię
patrzę
i połykam Ciebie

może będę krwawił ja
może będziemy wyklinać siebie na wzajem
niech trwa burza którą spijam
z ust ze smakiem wina




łapiesz mnie mrugnięciem oka
między plażą a cieniem morza
uczepiasz na sekundę
po drugiej puszczasz luzem,

bawię się tobą jak mleczem
dmuchawcem sobie polecę
i spijam usta twe smakiem
tak, jestem niegrzecznym rakiem

igram z kolejnym rankiem
zostawiam przy łóżku szklankę
tam usta Twe namiętne
gryzą  ich brzegu miarkę
Już czas zamykać i otwierać
brać i dawać
oddychać

Przestałem patrzeć w niebo,
nie wierząc ani chwili dłużej
w anioła skrzydła

Chłepczę poranki,
nie poskromione złości
połykam tabletką ciszy

Zapalają się oczy
radości już w jednym zdaniu
wiem, jak mam żyć.

A nieobecni nie zaprzątają moich myśli.


głowa mi ciąży 
nisko pochylona
tak tkwi 
na stole 
obok butelek

nadciąga burza
czuję ją blisko
niech spadnie deszczem
i ciemnym pyłem

głowy nie ruszam
złapałem się na myśli
tak o tobie
złapałem się na patrzeniu
gdzieś obok
Ciągle mam dziwne wrażenie
że mnie obserwujesz
Gdzieś
Jakoś
wędrujesz po myślach
I niby przypadkiem zahaczasz
o moje niepokoje
Tak oto stoję
nie zabieraj mi ze snów
tych historii zapisanych
między okiem a powieką

na tapczanie siedzę myślę
rozkazuję być tu sobie
no i mruczeć mam ochotę

i porywam się na zabój
i potrącam się o wiarołomne sny
modlitw do nieznanych mi bogów
kiedy wycieram kurz palcami
piszę to jedno słowo
życie

kiedy myślę o nim wieczorem
wyciągam nóż o błyszczącym
ostrzu

patrzę na krew na krew ciepłą
marzę zamknąć powieki
blisko
...zło nie posunie się dalej niż ja...
złapała mnie za rękę
spojrzeniem mnie uwiodła
włosy splatała na mnie
a głos jej nie umilknął

wraz z burzą dziś przybiegnie
rozwichrzy drzew korony
a potem stanie przy mnie
i będzie mówić szeptem.
Dlaczego starasz się wyprzeć mnie z pamięci?
Zapomnieć o rozmowach i milczeniu
Wydrzeć mnie jak kartkę z pamiętnika
tą z błędem ortograficznym do kosza

Dlaczego milczysz kiedy nie powinnaś
powiedziałem coś niestosownego?
Chciałem byś była
Śmiał się  i rozmową koiła myślenie
Opowiadała o swoich planach i podróżach
W zamian dostałem zaprzeczenie.
Wejdź za kurtynę, 
odsłaniam ją
byś zobaczył wnętrze

chłodny pokój z kominkiem
kurz na stole i kwiaty zwiędnięte
na korytarzu ściany zadrapane
przechodzę tam codziennie
rysując dłońmi nowe kształty
schody na piętro z których skakać chciałem
łamiąc sobie kark duszy moralnej
tam resztki luster
tam spalone listy

pokój dzienny tam jest duże okno
wypatruje tam wschodów słońc milionów

oto jestem.

Usiądź
Zaparzę herbatę z miętą
Porozmawiamy




zamknij oczy...
śnij w niezmęczeniu
ręką zakryj wczoraj
nogą idź do przodu

w górach jest to co woła
zmęczonego człowieka
pozostaw wśród drzew
swoje spalone historie

Tylko chwila kiedy widzę Ciebie smutnego
Tylko chwila kiedy widzę w ambulansie 
Tylko chwila kiedy zakrywasz się dymem
Tylko chwila kiedy patrzę na gwiazdy

Unikam siebie samego kiedy patrzę na rysę
smakuję od nowa nie skrywając twarzy
Patrzę prosto w oczy
Nie bojąc się nocy
Patrzę, widzę, spodziewam się tylko następstw

Zanurzyć się w przedwiośniu
makiem zakryć twarze
Rozkazać sobie
 posłuszeństwo naturze
I gryźć po szyi
aż krew tryśnie ciepła
spijać życie z kielicha
wątpliwości haustem
miarą swoją wyryć
na twarzach towarzyszy
słowa hymnu krzyku
zasłyszaną wieczorynkę
z roztargnienia mogę usiąść
nie opodal bramy czasu
liczyć sekundami chleb
rozłożony na czynniki pierwsze
okruchy wciągać nosem
otuchy to nie doda
najeść się nie najem
czasu nie zabiję
z roztargnienia jeżdżę z górki
bez emocjonalnych hamulców
nie ważąc na to
czy się rozbiję
stłukę głowę czy wiarę w ludzi
jestem po to by z ryzykiem
wychodzić z siebie
przenieść górę
i znów usiąść patrząc w chmury
tuż przy bramie swej natury


O.

Kiedy leżę, nie myślę
wchłaniam twoją bliskość
na pokuszenie wodzę wzrokiem
tonę między łykiem kawy a papierosem

Ranem witasz diabelskim uśmiechem
znikając na chwilę w ramionach
zapach się unosi zmieszany charakterystyczny
woń rozchodzi się po pokoju i w pamięci



i ...?

i łapię w żagle dwa wiatry
wiatr ze wschodu i południowy
wiatr surowego spojrzenia
co braterską siłę wskrzesza
nie przewidziałem że tli się jeszcze
moc wyryta jeszcze w złości dziecka
tam gdzie wiele słów nie było wypowiedzianych.

Inny porywa wciąga plącze we mnie loki
gorącego podniecenia
Rysuję mapę do słów Twoich
kreską zieloną do ust,
kreską czerwoną historie
snute przy lampce wina
niebieską pokręconą jak Ty
uśmiech i Twoje oczy
i czarną delikatną
obrys Twoich bioder
Siadam,
sprawdzam maile, pocztę,
Zostawiam,
Usuwam,
Odpisuję,
Nerwowo odpalam papierosy
sięgam po telefon, dzwonię
Nie wiem co powiedzieć do Ciebie
Przez chwilę milczę
Potem rozmawiamy,
Odkładam słuchawkę
i zastanawiam się dalej jak się trzymasz
Ile opowiedziałeś, a ile chciałeś przemilczeć.

Z jednej strony Ty,
Twoje sprawy, strachy i trudności

Z drugiej strony ja,
Moje życie zapomnienia i nowości.

Chciałbym być teraz i tu i tam
łapać swe życie tym mocniej
magnetyzmem przyciągać świat
I być dla Ciebie, wiem że potrzebujesz
a ja nie chce abyś poczuł się sam.

Jestem jestem jestem
Odwagi !! Sił !!
Dziś padał śnieg,
zakrył oczy smutne,
przerażenie wołało
twoje ciało truchlało
stworzone pozory
już sił nie mają

Nie udawaj
nie próbuj
zaszyć się
w samotności
Wiem jak ciężko
wraca się do pustego domu
Gdy najbliższy Ci jest kieliszek
i wstręt do samego siebie.

Wypij ten łyk za błąd i zapomnij
wiem że siedzisz
wiem że pijesz
wiem że nic nie mogę zrobić

czekaj
stój
wypierdalaj
Roztrzęsiony siedział w fotelu,
milczał przez chwilę trzymając w ręku kieliszek wina.
Z trudem opowiedział mi historie swoich ostatnich miesięcy
Nie była to prosta opowieść, łatwe przyznanie się do rzeczywistości.
Przyjąłem ją ze spokojem i dymem w ustach.
Zagubione oczy, zagubione myśli,
biegną gdzieś ku kochance, wybrance i niszczycielce.
Ręka zadrżała, głos przycichł, a dusza wyła.
Wiem, że chcesz walczyć, życzę Ci zwycięstwa
i podziwiam za upór.
Chcę abyś wiedział, że w spijaniu goryczy swoich błędów
mimo kilometrów nie jesteś sam.

Powiedz mi tylko
kiedy i gdzie
kłamałem.

Czy obiecywałem Ci
ponad to ze wysłucham i będę?

Więc skoro chcesz, uciekaj
Zaszyj się, zdłamś, ulżyj sobie
Nałóż swój kapelusz pokutnicy.
Tak, według Ciebie jestem kłamcą.
Ile mnie nie było w Twoich snach?
gdzie byłem kiedy śniłaś,
obok kogo spałaś?

Za kogo dłonią tęsknisz
kiedy na swą patrzysz?
Za kim w myślach błądzisz
zagryzając wargi?


Nigdy nie próbuj mi wskazać drogi,
Pozwól się gubić
Iść przed siebie
Wracać i wybiegać w przyszłość
Nigdy nie próbuj wypytywać się
o zdanie
przemilczane
I tak kiedyś zostanie wypowiedziane.

Nigdy, prze nigdy nie mów mi jak mam ŻYĆ !


Zapadł się kosmos o poranku
Nie dostałeś wiadomości 
Ze wstawać nie pora 
Na zachętę można śmierć zaskoczyć 
wśród  poduszek, albo przy porannej toalecie

Złapał mnie za rękę tani deszcz
Gdy na straganie zbierałem
Słowa w zdanie
Nie ośmielił się wskazać palcem
Ostatecznego zwodu słońca


Jednym byłem oddechem ,
Jedną burzą włosów  - chaosem myśli
Jednym winem - powiewem grzechu
Jedną skazą i łzą na otarcie.



15.07.2010 r.

Sprzątam skrzynkę mailową i natchnąłem się na wiadomość wysłaną z dnia 15.07.2010 r.


...Gdy ogarnia mnie cheć bycia blisko...
siedzę zamyślony, wyrwany z tej rzeczywistości na kwadrans
mnie tu nie ma, tak jakby mnie tu w ogóle nie było
jestem gdzieś o nie znajej na tej kuli ziemskiej szerokości geograficznej...
zapragnąłem ,,,
pragne nadal...
nie przestaje myśleć...
...dotyk...
...smak...
...szelest...
...drżę na samą myśl...
aby się nie zapomnieć.
zapragnąłem być blisko szczęścia...
szukałem miejsca gdzie mogę oswoić myśli
i nigdy bym nie przypuszczał że przybierze ono kształt
pięknej wrażliwej kobiety, która wtula się w moje ramiona.
Wiesz dziś patrzyłaś na mnie jak wtedy gdy pocałowałem Cię pierwszy raz,
Twoje oczy..............

..............................to one dziś do mnie mówiły.




Czas szybko płynie do przodu!

Zaklinam myśl, niech nie przychodzi
ani dziś ani na wieki.
wodą zmyć powieki.

Złapać latawiec gnający donikąd
uczepiając się przestrzeni
gdzieś pomiędzy wersami

Tam gdzie rysy na oknie
pozostawione pozostały
nienaruszone



Schorzeniem być
Schorzeniem tyć
Zachłannie gnić
Zachłannie pić

Drzazgą wbitą głęboko
wyciekasz ze mnie ropą
Za każdym razem tak mocno
zduszasz w mych płucach rozkosz

I used to be.

Toastem będzie pomruk Twego spełnienia.
Pianą na wodę grzechy potępienia.
Zagryzam wargi nie wierząc w zwątpienia
Zachowałem słowa pragnąc ukojenia.

Za blizny płacę zmarszczką mimiczną
Zwykłem spacerować nad rzeką pobliską
Wciągam dym i śmieje się w niebo-głosy
Nie będę liryczny, raczej SARKASTYCZNY  :P

Droga mi i nie obojętna,
będąca gdzieś daleko
zaszyta ściegiem
zatarta butem
W bliźnie schowana
spragniona
wiecznie nienasycona.
Śpisz snem kamiennym
obrastając mchem
z czasem pod powieką
Nie drżysz. Szukasz mnie ?


nA hÓĆtawcE

rozpromieniŁ siĘ dziŚ dzieŃ
i rozdwoiŁ siĘ mUJ cieŃ
w nodzĘ leweJ maM teN cierŃ
ocH jaK pięknY byŁ tO pieŃ

pienI siĘ zE złoścI
peweN jegomoścI
zA tO RZE z pazernoścI
rozpierdoliŁ cudzĘ włoścI...

a na przekór w poważnych sprawach
w myśl, szlacheckiej krwi tytuły nadać
zdobią się na pokuszenie
wszyćkie warszawskie paniene
głodzić będą zmysły cudze
niech wyskoczą na podwórze
wszystkie psy i pieskie dusze.


so where is  demage?


Wychodzą wszystkie głodne inspiracje.
Zżeram je



Wieczniem nie nasyconym.
O tych co stukają w szyby.
Nie zwą się deszczem ani gradem.
Burzą wchodzą,
Siadają,
Palą papierosa.

Zaklinam rysując palcem szybę
Nie patrzę na cienie.
Spoglądam w ludzi,
Siadam,
Palę papierosa.


Czasem zakręcam,
przewracam w pętach
zawracam.

Molo nie moje
nie stoję, stać sobie nie pozwolę
zawracam.

Pragę dziś zwiedzać
pragnę tam mieszkać
zawracam.

Zakręcam kran
zaparzam czai
zawracać nie zamierzam.



17:06

Wiadomość od obserwatora:

Jestem głuchy. Tylko jakby szum słyszę
nierozpoznawalny jak po wybuchy
atomowej bomby.
Krew strugami leci.
Widzę ją w każdym kącie,
za każdym odciśniętym butem.
Porywam się na szmer-
nieodłączny element płuc
A gdybym porwał się na skok
z trzeciego piętra galerii handlowej.
Jak szybko by mnie posprzątali?
Czy byłaby promocja w dziale mięsnym
i odzieży na wagę?
Powoli rozkołyszę swoje światy.


Rozmyślania bez wiadomości:

Jest przynajmniej jeden taki okres w życiu
gdzie kładziesz się spać i wstajesz wraz z nią.
Śmierć towarzyszy przy kawie i codziennej szarości
snując swe historie i opowiastki

Może  to nie to, ale dlaczego przy 27  jest tyle samobójców?

Tak, chcę

Powiedz dwa słowa, a ja stworze trzecie
Popatrz na niebo wgryzę się piekielnie
Na przekór czasu
Grać szatana będę
truflą Cię rozpieszczać
truflą Cię zdobędę

Rozzłościć Cię pragnę
Rozsypać jak perły
Kocem nie okryję
Zbyt jestem pazerny





o tym co roztrwonione

Prefabrykaty z rzeczywistości
zdjęcia z przeszłości
zdjęcia teraźniejsze
posty
postacie trumienne
walka o anonimy
chęć złączenia się w synonimy
Chcieć i móc coś sensownego wysnuć...

...a to tylko herbata z cytryną
pozostaje tą jedyną rzeczywistą
pijam łykiem łapczywym
rozgrzewam gardło, chcę krzyczeć !
Alternatywny pęd 
Rozpędzony grzech
Natchnienia cień
Reszta to cierń

Zaparzam czaj 
Siadam na wznak 
Przewracam oczy
Przewracam strony



Instrukcja.

Wpadła mi w ręce instrukcja przemiany wg Ewe Kokot. Zatem zacytuję:

Instrukcja przemiany:
1. Kup książę Virginii Woolf "ORLANDO"
2. Przeczytaj JĄ.
3. Jeżeli jesteś mężczyzną przebierz się w ubrania kobiety,
    jeżeli jesteś kobietą ubierz sie w ubranie mężczyzny.

Dziś przed północą

Nie otwieraj oczu
Kiedy noc jest w pełni
Pozwól moim dłonią
Nigdzie się nie spieszyć

Nabierz w nozdrza tlenu
Unieś biodra lekko
Pocałunkiem wzburzę
Krew nie tylko w ustach

Dym
Ciepło
Dotyk
Uśmiech

Napnij te ramiona
Odkryj zwiewne piersi
Uda są uległe
Wzrok nieskazitelny


Nadwrażenie


nieważne
co się dzieje
mam swoje
chore
nad-wrażenie

wyzywasz mnie
od szaleństwa
krnąbrności
lekkiego
zapomnienia

czy zniewolenie
nie jest piękne ?





element

Okiem udaje latarnię,
Oświecam lunatykom
Drogę na piwiarnię

Palcem wciśniętym w ziemię
Wskazuję miejsce,
Gdzie pewnie trafię

Prozą zaszywam godziny
Łącząc oddechy
I drwiny

Nie jestem,
Nie byłem,
Nie będę.

Nie kroczę,
Nie latam,
Nie płaczę,

Kim jestem?







Re...

W dzisiejszy wers wykoleja mnie jedna strofa.

Tramwajowa niepogoda.

W wierszu, czy w rozmowie

proszę.

Daj spać,

wstać i położyć się
w przeświadczeniu.

Lekko stąpać mimo kamieni milowych
przypiętych do szyi.


mizantropia

Szkło, po prawej roztrzaskało się na ścianie
Spływa leniwie wino po farbie, po wardze
W lustrze tysiące twarzy, żadna moja
Twojego cienia też nie ma, och jaka szkoda

Budzę się w autobusie, setki kilometrów
Od pękniętych klisz, gdzieś o czasie

Teraz co rano wypijam mocne kakao
Stojąc w oknie podpisuje każdy dzień
imieniem swoim. To cyrograf pełny błędów
Szkłem rysuję podłogę, na podłodze tylko śmieci.