patrz,
wyginam łyżeczki
myślami
jakby były tylko
listkami
z łatwością stapiam
ich duszę
tak czasem muszę

mrugam,
leniwie kantem oka
tak tylko
bez wzruszenia
rozpoznaje
pejzaże słońca

i wołać nie będę
do nieba
chmurami zaklejać
powieki
by nieuchwytnie
trwać
wraz z oddechami
wielu graczy
urodziliśmy się przyjaciółmi
do krwi zdrapywaliśmy kolana
wisząc na drzew konarach

orientowaliśmy cele swoje
na rozwój czasu między
lekkimi posiłkami prosto z lasu

wdrapywaliśmy się na niezdobyte
góry, pagórki i piaskownice
błogością przepełnione życie

rokowano nam wieczną młodość
donikąd drogą iść prosto
ku prerii tej za trzepakiem

aż pękło nam światło marzeń
.
.
.


Wyryty uśmiech na twarzy
Pozostawić mam dziś ochotę
Złożyć w pół zmęczone ciało
Otuliwszy się tajemnicą

Koc gruby zarzucić na siebie
Niczym mag władać pustkowiem
I poszukując potworów
Zapukać do wielu mieszkań

Potem patrzeć spod byka
Jak energia truchleje
Zanim chwała przeniknie
Dobrze przeżyć tę chwilę
a wtedy stało się
pękła, rozsypując się
mrokiem na podłogę
ku przestrodze
zaczerpniętej z wiersza
czarnym snem
połamanego sumienia

czy da się wierzyć jeszcze
w człowieka?
przed szklanką wódki
wypitej jednym haustem
czy nasze czyny są
zmanipulowane
i tak naprawdę
jesteśmy podłymi
skurwysynami
poniekąd
huśtały nam się emocje
a dokąd
biegną te ręce ochocze
rozmokłe
są oczy jak we śnie
zamykam
ten blask w dłoniach tak szczelnie
nie puszcza
się myśli na bezdeń
tak łatwo
mogą zostać wchłonięte
więc chrońmy
siebie tak skrycie
by znaleźć
nie mogło ich życie

.

srogi głód
rozchodzi się po ciele
kurczą się tkanki
smak się zaciera
pieką mnie myśli
spowalnia przekaz

rozkładam ręce
prawą na lewą
zginam kark dumnie
gwoździe ku trumnie

o ranku rakiem
zawijam siłę
potęgę kruszę
swym animuszem
i w czerwień skrycie
by nikt nie widział
rankiem podaję
rakowi życie