poszukuję zachwytu
dźwięku dzisiejszego dnia

co porwie mnie

nie tylko przez godzinę

zapisany tekst

który mógłbym wyryć

na piersiach swych




przeszukuję sterty

płyt i nagrań

gwałtem, na siłę

by móc oplatać się

wieczorem, tonąć
nutą, melodią
błogim stanem 
upojenia

mam głęboką intencję
aby zburzć świat
zbudować go nowa
ołówkiem na papierze
dom, drogę, ludzi
schowanych w przebiśniegu
nie czekających
na głęboki oddech
spełnienia siebie

w podarytch szmatach
idących przed siebie
godnych nazywać się
synem, lub córką
nie zmyślonych
uczuć bliźnich

rysować więc zacząłem
żywą utopię
bladych poranków
aż złamał mi się rysik

nic więcej nie narysowałem
stoczę boje
senne wojenki
byle tylko
nie zapaść się
w siebie
samego
mogę dręczyć
do upadłego
wir za wirem
wchłaniać
niecodzienność
boski dotyk
smakować
jak truskawek

na końcu drogi
zapisać
słowami
"nie masz wskazówek...
radź sobie"
nie wierzę sobie
nie wierzę tobie
nie ufam światu
nie ufam panu

w eter kant
puszczam
wciągam
po uszy
bawiąc się
rozkoszą

by móc
co ranek
nabierać
sił by żyć
jak dawniej
śnić
nieodzownie
wypierać
stany
z gorzkim smakiem
władzy
złotą swoją znalazłem
czarnej gwiazdy to córa

noc przy niej omdlewa
chmurą zakrywa swe lica

kocham na nią tak patrzeć
zapamiętywać jej rysy

i co noc niespodziewanie
wrastać z chwilą jej twarzy
ciężko dziś
zachodzą chmury
wymyślnie
splecione

płyną drogą
tylko sobie
wiadomą

południe wybił
zegar znużony
na południe
każę wieść
swe drogi

zimą przygasłe
serce odnaleźć
ogrzać
pomimo wróżb i przekonywań
widzę cię, w snach cię witam
rozmawiasz ze mną jak nigdy dotąd
mimo sprzeciwu jesteś obok

spoglądasz w przyszłość
chcesz mnie głaskać
zaprzeczać sobie
raz na zawsze

wątłe ramiona
do mnie zwracasz
by niewypowiedziane
mi pokazać

jakżeśmy się tu znaleźli?



w lesie już nawet wiatr nie bywa.
sen zatacza krąg
bez ustanku mieniąc
imaginacji ton

wkręca nas sczytując
wizję, marzenia, uchybienia
mąci w stanach upojenia

nie odparcie wchłania
po trzy czwarte
ducha świętego spokoju

by w sposób figlarny
przekraczać punkty wrzawy
słyszeć
nici pajęczyn
poprzeplatanych
dźwięki

tak jakby
babie lato
się rozpoczęło
w salonie
życia...

wić się
na pokuszenie
w sukni słońca
w falbanach
promieni szukać
szczęścia

szczerość wpisywać
piórem palców
na twarzach
ludzi tych
na przystanku

by choć na chwilę
ich zatrzymać

dla siebie
dla nich
dla ludzkości
słów pragnę
na pokuszenie
na rozdrażnienie
na pogardzenie

milionów słów
płynących potokami
dla motywacji
znak krzyża uczynię

karmić się będę
słowem na śniadanie
rozdrabniać i połykać
a potem wydalać

tylko słów mi brak
w mych ustach
my móc mówić
swobodnie
prosto
i skomplikowanie
ślepcami
poniekąd jesteśmy
zawstydzeni
sobą nawzajem
nie chcemy widzieć
tego co ponad siły
nasze mizerne

dotykiem badamy
ziemię smakujemy
idziemy naprzód
ostrożnie, delikatnie
jak po szkle stłuczonym
z obawy przed ranami
nocą strącą
na pokuszenie
słodycz okrutną
ust czerwień
mieszać

na znak jedności
krzyżować palce
ramiona oplatać
wziąć je
za własne

sączyć tę słodycz
z kwiatu rozkoszy
zatracać chwile
zamrażać czas