Zanurzam łyżeczkę w filiżance wszechświata
poruszam, mieszam, wróżę z fusów
dopatruję się końca świata
kataklizmu cząstek bozonu
rozkodowania w stu procentach
genu szaleństwa
genomu próżniactwa
Wyciągam łyżeczkę dopijam resztę
zimnej czarnej herbaty
zapominam o końcach świata
przepowiedzianych
nagięciach strun czasu
w powietrzu unosi się zapach
świeżo zerwanej niepamięci
jutro
Czart znów dał o sobie poznać, ubrany w słowa "pamiętasz mnie", przyszedł, zapukał, zażądał trunku i usiadł.
Znowu będzie chciał się zabawić...
- Co znów wymyśliłeś? zapytałem przynosząc bimber z szafy.
Szyderczo się uśmiechnął.
- Czy ja podpisałem u ciebie cyrograf ?
- Nie.
- Sprzedałem swoją duszę?
- Nie.
- To po kiego czorta znowu tutaj jesteś?
- Bo Cię lubię, i sprawia mi radość mieszanie w twoim życiu.
- Bardzo śmieszne - uśmiechnąłem się od niechcenia.
- Za dobrze byś sobie radził, gdyby nie Ja. A tak czujesz że żyjesz, tego przecież chciałeś.
Wyciągnął z kieszeni los i rzucił w górę. Błysnęła iskierka i upadła na stół. Przykrył ją szybko swoją wielką dłonią zanim zdążyłem zerknąć na nią.
- Od jutra będziesz.... albo nie - sam się przekonasz ! Zaśmiał się do rozpuku.
Dopił szybko do końca, otrząsnął się i zbierał do wyjścia. Burknął tak żebym zrozumiał:
- I tym razem mnie nie zawiedź, POSTAWIŁEM na ciebie !
zmęczenie materiału
Wdech wydech wdech
Sprawdzam puls
Wciąż bije
Wciąż żyje
Biegnę
Zaciskam dłonie
Do krwi zaciskam
Zostawiam ślad
Może powrócę
Zanim deszcz zmyje
Wątły ślad
Dorobię się nowej blizny
Zakrytej
Naiwnej
Dziś zaceruję skarpety
Dziś zaceruję tę dziurę
Ego już nie ucieka
Pogrzeb
Sterowność statku zakłóciła burza
Harmonijnych uniesień i upadków
Do grobu
Do morza
Wrzućmy zgnite ciało
Do nieba
Do piekła
Uniesie się dusza
A ja ciągle przebywam
W lepkiej zawiesinie
Przyklejony do ściany
Nie jestem pijany
Tu nie pomogą wróżby
Podstarzałego owczarza
…
Przeddzień zapomnienia
Zaciskając pieśni
Krzyk ulatnia się
Mimo zaszytych ust
Na podwórzu tylko chłód
w porannej mgle
Z daleka nie było go prawie widać, zaledwie zarysy ramion zapomnianych w monotonnych ruchach błyszczały się kroplami potu. Z ludzkiej tylko ciekawości zapragnął podejść bliżej, na tyle blisko aby dostrzec cały obraz rysujący się teraz przed nim. Jeszcze parę minut temu nie spodziewał się, że będzie się czołgać tuż przy klifie od strony zawietrznej, gdzieś wśród paproci i wilgotnego wieczorem mchu. Gdyby to planował to przynajmniej założyłby ciemnozielony strój rybacki , a nie jasne jeansy i cienki sweter. Nie miało to już znaczenia… Okrył się paprocią czołgając najciszej jak tylko się da. Wyrównał swój oddech z powiewem zachodniego wiatru i z gracją pokracznego owada bez dwóch nóg zbliżał się do celu. Szpada co raz odbijała blask bladego księżyca w momencie kiedy nieznajomy podnosił ją jak najwyżej się da. Potem tylko głuchy dźwięk stali zanurzającej się w miękki grunt łączył się z łapczywie połykanym powietrzem. Z pozycji leżącej nie mógł wiele zobaczyć, lecz był już wystarczająco blisko, że wykonując gwałtowny ruch mógłby zdradzić swoją obecność. Dopiero teraz przeszła mu myśl, że jeśli się zdemaskuje to może sowicie oberwać tą połyskującą szpadą, która na razie karmiła się martwą glebą.
Zadrżał w niepokoju przez ułamek sekundy. Trawy i paprocie wokół niego zaszumiały w obcym dotąd rytmie. Głowę wtulił w ziemię tak mocno, że odbiła się w gruncie jak w świeżej masie gipsowej. Kiedy podniósł powoli głowę lekko odwracając ją w prawo dostrzegł w ułamku sekundy tylko błysk.
W porannej mgle zaspany jeszcze popijał kawę. Klną pod nosem na wszystkie kurwy, że akurat to jemu zadzwonił telefon. Teraz stoi nad rozkwaszoną głową w masie ziemi i paproci… pomyślał o sałatce i od razu zebrało mu się. Rozejrzał się i tylko w porannym słońcu błysnęła mu stalą szpada nakarmiona ziemią i krwią. A co było w głębokim dole… MARTWE ZŁUDZENIA
szach i mat
Zapomniałem podpisać listu samobójcy, zanim wyszedł na samotny spacer lipową aleją. Kazał mi go przepisać, żeby jego pożegnanie wyglądało w miarę estetycznie i czytelnie dla tych co odwiedzą jego ciało na cmentarzu. Pismo moje było spokojne, zadbałem o pewne ruchy pióra i niebanalną kaligrafię. Jego kartka to poplamiona frytkami i pełna skreśleń chaotyczność, w którą się ubrał on i jego zdania.
Linie... czarny atrament wędrował po kartce, rozprzestrzeniał się w harmonii będąc z płomieniem świecy na balkonie. Słowo za słowem układały się w szyku wymuszającym mimowolnie wzruszenie i gniew jednocześnie.
To stało się wczoraj podczas gry w szachy. Stawiałem właśnie gońca na E6 kiedy usłyszałem jego prośbę.
- Zrobisz coś dla mnie ostatni raz? - zapytał spokojnie,
- Pewnie.
- Przepisz tę kartkę, jutro o godzinie 21 otwórz ją i przepisz.
- Co na niej jest - zapytałem.
- Przekonasz się, cierpliwości.
- Dobrze, zatem tak zrobię, Twój ruch.
Poszedł wieżą na B2 uniemożliwiając mi atak na królową w następnym posunięciu.
W ostatecznym rozrachunku, pomimo niedokończonej rozgrywki wygrał, wyprzedzając mnie o jedno posuniecie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)