ambiwalencja

Zjawia się i znika nie kompletność wobec życia. Urywa się ze sznura próżna próba, za późno jęki wydobywać z dna, mózg nie sługa. Parawan lekarski chowa za swym cieniem krzywoustego potwora. Zgarbiony, roztrzęsiony, półnagi, milczący i groźny. Niepewny jak napięty łuk w ręku niedoświadczonego. Może przeszyć bok i wyszarpać wnętrza bez mrugnięcia. Wdech jak skowyt, wydech jak chrapliwe mruczenie. Nic więcej ponad to co stworzył doktor Jekyll, albo co uwolnił ze swojego chorobliwego i słabego ciała. Czyste zło, żądzę zwierzęce, gniew i frustracja które karmiły się wnętrznościami miernego doktorka przerodziły się w dzikość i niezrównoważenie pana Hyde'a. 
Dyszy, ściskając w łapie jeszcze bijące cudze serce. 
Tylko jak doktor Jekyll wytłumaczy się z posiadania ludzkiego organu do swoich badań nad sztuczną komorą?

back to black

Zatrzymał się na przystanku, gdzieś pośrodku pól. Pachniało zbożowym mleczkiem. Radio w samochodzie mruczało niechętnie i cicho. Zgasił silnik i wyłączył światła, ręce drżały mu ze zdenerwowania. Przed paroma minutami odebrał telefon, rozmowa krótka i bolesna niczym strzał z colta zmroziła jego ciało. Siedział na fotelu kierowcy patrząc się w nieokreśloną dal którą zarysował zagajnik na horyzoncie. Jego żyły na szyi były napięte do granic możliwości, jeszcze chwila i eksplodowałyby wytryskując czerwienią na tapicerkę i szyby.
- muszę wziąć się w garść- powiedział sam do siebie otwierając drzwi.
Podszedł do bagażnika i wyją z niego swoją aktówkę. Obszedł samochód i przysiad przy kole od strony pasażera. Sięgnął w głąb aktówki wyciągając strzykawkę z adrenaliną. Szybkim ruchem zerwał opakowanie, uniósł rękę w górze i z impetem wbił ją w udo. Rozluźnił ciało, zamknął oczy. 
Nie miał zamiaru jechać dziś dalej, nie miał zamiaru dzwonić do nikogo. Chciał trwać gdzieś pośród zbóż ze sterczącą igłą w ciele, aż obudzi go poranna rosa osiadła na twarzy. Wiedział tylko jedno. Jutro założy czarny garnitur i koszulę. Kupi kwiaty. Zobaczy się z żoną i razem będą milczeć nad ich pierworodnym płodem.

Na cóż z rozwagi

Pij !!! Pij nierozważny pij!!!

Gnij !!! Gnij nieroztropny gnij!!!

Rycz !!! Rycz roztrzęsiony rycz!!!

Wyj !!! Wyj nierozsądny wyj!!!

Tnij !!! Tnij tchórzu tnij!!!

linę po linii
sieć po sieci

Droga mleczna

Zapragnąłem drogi mlecznej,
patrzeć na nią, zlizywać jej smaki
muskać ją po koleinach twarzy

Zapragnąłem zataczać się
jakbym wiecznie chodzi pijany
odczuwał miękkość swych kolan

Zapragnąłem zanurzać palce
z atramentowym wieczorze
pisać scenariusze o dniach niepisanych

Odszedł od stołu w blasku świec oczu
płonące myśli podsycał wichrem
spalą się w sile spalają na siłę

Odszedł po prostu nie mówiąc nikomu
w szlafroku starym kapciem szurając
Zapachem, dymem tańczącym za nim
wodził na pokuszenie
Na drogę mleczną próbując zwabić

krew z szafy

za dziś, za wczoraj, za jutro
za pragnienia 
za nieosiągnięcia
za niewypowiedziane
za te wyszeptane
za zrobionego zeza
za niesfornego tancerza
za, a nawet przeciw
za zawracanie rzeki
za podpalenie śmieci
za to i za tamto
za pominięcie też warto
za rozbiegane myśli
za winogron sześć kiści
za przygryzioną wargę
za frywolność żartem
za durne miny i fryzury
dzięki temu co u góry
wsadził w usta granat pusty
i wyszczerzył się do lustra
niech rozsadzi pucha usta

Zalane miasto

Spragniony asfalt pochłania deszcz
Jeden za drugim zapada zmierzch
Kolejna noc w duchocie ginie
Nikt nie wie w jakiej przyczynie
Odrywa się piorun spod nieboskłonu
Biegnie ku ziemi do podstaw tronu

O DRUGIEJ W NOCY W BŁYSKU NATURY
STOJĘ NA GZYMSIE KARYKATURY
PATRZĘ I CHŁEPCĘ WODĘ Z OBŁOKÓW
RZYGAM JUŻ MARCHWIĄ 
RZYGAM JUŻ SOBĄ
PO CZYM GRZECZNIUTKO JAK NIGDY DOTĄD
WRACAM DO ŁÓŻKA ZACHWIANYM KROKIEM
Stanął przy mównicy, rozglądnął się po tłumie obleśnych słuchaczy do których miał mówić przytaczając swój ostatni wykład o otyłości mózgu.
wdech wydech wdech wydech...
próba mikrofony... raz raz...
czy mnie słychać?? zwrócił się w kierunku mikrofonu
nie ?? - brak reakcji tłumu potwierdza tę hipotezę - ooo to dobrze - pomyślał pod nosem....
- To powiem to wszystko co mi ślina na język przyniesie -
WKURWIA MNIE TO, ŻE MUSZE PATRZEĆ NA WAS. ŻE MÓJ LOS ZALEŻY OD WAS! WKURWIA MNIE TO!
mikrofon zapiszczał... grymas spowodowany przez ten charakterystyczny dźwięk poruszał nieruchoma twarze.
- DRODZY PRZYJACIELE, NIEZMIERNIE MI MIŁO, ŻE TAK LICZNIE ZAGOŚCILIŚCIE NA SYMPOZJUM NA KTÓRYM WYGŁOSZĘ OSTATNIE WYNIKI NA TEMAT MÓZGU I JEGO OTYŁOŚCI ...
rozglądał się po sali z automatycznym uśmiechem nr 3 ( zgodnie z porannymi ćwiczeniami przed lustrem ) i urodził konkluzję... JESTEŚMY OTYLI I OCIĘŻALI NA UMYŚLE...

/bravo/ - klaskał sobie sam bawiąc się palcami w bucie.

szaleństwo vs wolność

Ile jesteśmy wstanie oddać za świadomość wolności, nieodgadnionej świątyni własnego umysłu i rozkoszy wpływającej ze źródła własnego ego?
Kiedy zaciera się granica między szaleństwem, a odczuwaniem świata w sposób nie magiczny lecz ulotny. Idąc po ulicach przeżywać każdy krok jakby miał być tym ostatnim odciskiem stopy na rozgrzanym asfalcie rzeczywistości. Patrząc na dłonie, nie widzieć w nich przynależności lecz sklejone właściwie cząstki materii i antymaterii. Zabrakło wieczorów zadymionych i spacerów po burzy.
Dzień jako cząstka wszechświata określona z grubsza markerem niechlujnie na kalendarzu zdarzeń nieodgadnionych w przód, zapomnianych wstecz, rozciąga się jak zwykła guma balonowa do granic wytrzymałości po czym pęka. Dniem tym zawładnęła dylatacja czasu, gdzie ścigając się w trosce o poczucie tożsamości w rozumieniu interdyscyplinarnym zaciera się dotychczasowe- złudne poczucie wrażliwości odczuć werbalnych potęgując do granic Drogi Mlecznej odczłowieczenia i inne schorzenia- będące wynikiem oddziaływania allelopatycznego dnia i nocy. Chemia sztucznie wprowadzana do organizmu jest niczym w porównaniu z tym co potrafimy sami wytworzyć wliczając w to endorfiny, testosteron, melatoninę lub mediatory synaptyczne. Jedną z najbardziej toksycznych wytworów jest zniechęcenie, które zabija szybciej niż komórki rakowe i wypacza z człowieczeństwa.
Jaka jest cena szaleństwa ?? Brak świadomości przeżywania zarówno dnia i nocy.
Nie jestem taki, jak oni,
Ale potrafię udawać.
Słońce się schowało,
A ja mam światło.
Dzień się skończył,
A mimo to się bawię.

Myślę, że jestem głupi,
Albo może po prostu szczęśliwy.
Pomyśl, że jestem szczęśliwy.

Moje serce pękło,
Ale mam trochę kleju.
Pomóż mi wdychać,
a poczujesz się lepiej,
Poświrujemy,
pobujamy w obłokach,
Potem zejdziemy na ziemię i będziemy mieć kaca.

Obedrzyj słońce ze skóry,
zaśnij.
Rozmarz się,
dusza jest tania,
Lekcja wykuta,
życz mi szczęścia...
Uśmierz piekący ból,
obudź mnie.

 /nirvana - dumb/

powrót do źródeł zawsze odświeża mi pamięć

ENDLESS NAMELESS

Podniósł w górę ręce mówiąc spokojnie: "Oto puste ręce."
Podniósł w górę butelkę i rzekł: "Oto czysta woda."
Odwrócił się od tłumu i odszedł.

Pozostało zaskoczenie.
głową ciężką wymachuje na prawo i lewo
głową z myślą co się oderwać nie chciała
głową nadętą jak bomba przed eksplozją
głową zmyślną co działa jak chciała.
Nie! - Krzyknął z całej siły uderzając z impetem pięścią w stół.
Nie zgadzam się! - Wstał gwałtownie od stołu i nie zważając na nikogo począł wymachiwać rękami ni to językiem szaleńca, ni to językiem migowym.
Nie pozwolę! - Krzyczał biorąc z fotela swój frak.


DZISIAJ SAM SIĘ WYKOLEJĘ !!

słyszane na długim lewoskręcie.

sztuka przeżywania

Patrzeć jak tańczy !!!
dosięgać setna sprawy
ni w żartach ni to na serio
za wcześnie jeszcze na umieranie
za wcześnie jeszcze  na śmiech!

Bezsenne noce
Bezsenny czas
Wskazówka biegnie
Przeciąga nas
Przerywa bieg
Przeklina gniew
Bez przerwy tkwię
Bez winny śnię.

Spotkania II

Trzasnął frontowymi drzwiami z całych sił nie zważając na to, że odpadł fragment tynku z odrapanej ściany przedpokoju. Zrzucił z siebie mokre ubrania i nagi podbiegł do okien. Zasłonił firanki i zasłony.
Przez chwile skulił się w ciemnym kącie łapczywie  oddychając. Chciał się uspokoić, tylko uspokoić.
minuta,
dwie,
piętnaście,
ileś tam,
Wyprostował się i robiąc niewielką szparę między zasłonami wypuścił oko rozglądając się po najbliższej okolicy.
Cisza, żywej duszy. Uff
Przeszedł przez pokój zostawiając mokre odciski własnych stóp na panelach. 
Ślady były ciemne. Widocznie zranił się w stopy biegnąc martwymi ulicami do domu.
Nie poczuł nawet w którym momencie  nadepnął na szkła rozrzucane.
W łazience narzucił na głowę suchy ręcznik, zamknął oczy. Znów zaczęły wirować fioletowe parasole wolno stojące. Tak usną jak zwierze między wanną, a toaletą z ręcznikiem na twarzy i roztrzęsionym oddechem.

Nie wzruszony obserwator odsłonił tylko okna, aby nowy dzień przywitał go słońcem i świeżym powietrzem po burzy.