Ziewem przywitał ten dzień... wystrzelał się ze stawów rzucając okiem na nierealność.


Znowu tu jestem, lecz to już jest innością. błahym spojrzeniem, mrugnięciem, przewiewem.


Spojrzał w lustro, jedna zmarszczka więcej, jedna słabość mniej.


To dziś nucąc pod nosem "liberté" podskoczył w dziurawych skarpetach


Oto drodzy państwo ogłaszam wszem i wobec niezależną i liberalną republikę umierania za nić, drwin bez nuty nepotyzmu.


Dumny z siebie obserwator założy kapnie i szurając podążył pod tron.

W ogniu śmiechu i szyredy stajemy naprzeciw siebie.


  


Mózg => strzał => miazga

milczenie owiec, rzeź pośród myśli

odbijam piłeczkę kolorowo namacalną 
mieni się czernią i kolorem wina
wyciągam szmatę i czyszczę ścianę

fale alpha

lekkość
palcem rysuje uśmiechy na skurzonym blacie
zostaną ze mną na chwilę
nieznośną lekkością bytu
zawijam  wokół szyi
wchodzę na krzesło
ciężkie są tylko myśli i dłonie
gaszę światło
rozkołyszę się
aż poczuję uścisk
wrzenie krwi

spadnę i wytrącę się zasadą
ciepło rozgrzeje nocne koszmary
będę sztucznie blady

to będzie mój dzisiejszy sen, to będziesz ty, lub ja na sen dobry,

Kulał
głowę chowając w ramiona
nie mówiąc prawie nic snuł się
między zaświeconymi lampami

stukał
źle podbitymi podeszwami
kaszlem ptaki odstraszał
dźwiękami ludzi odganiał

Slavor nukur est parkatus
loteer epist meca wiekka

Spróbował raz podskoczyć
ni to z radości,ni to z wiarą że potrafi

teraz z uśmiechem leży martwy
tuż przy brukowym dywanie
wylał się niczym zupa ciepła
niedoprawiona
niedogotowana
nie mogąca nikogo nakarmić

a oko jego jeszcze się turla
próbując dostrzec kraniec świata.

stan.


drżę zaklęty,
pod wpływem narkotyku

to on wychodzi ze mnie
spala się

wypuszczam w powietrze statki
napowietrzne marzenia

to on zaklina węże
czyni niebezpiecze harmonią

ogarnia mnie synfonia,
nie potrafię nic więcej

zapomnieć się
sztucznie zmniejszając  źrenice

zapominam oddchać...

las

Różewicz napisał wiersz
zaczynał się on tak.

"Nie było nas był las

Nie będzie nas będzie las" .

Las rośnie, umiera każdej zimy
rodzi się wraz z wiosną.
Wypuszcza pąki, błądzi w liściach.
Staje się silnym
 milczy nad tym co przeżył
zszył każdą bliznę z mrozem
zalał kalusem

Chcesz usłyszeć las
nachyl ucho
słuchaj w tej ciszy
szelestu, śpiewu, bijącej ziemi
szumu potoków, tysięcy żywych organizmów
których nie widzisz

w

Pokój,
z holu przechodzi zdyszany drżący
patykiem pisany majaczący
zamyślony nad spraw tysiącami
udaje że wie jak jedną z nich rozwikłać
Z głowy rwie włosów kilogramy
przewraca w nerwach oczami
zarozumiały
  rozumiały
     nie zrozumiany...


Zjeżdżam schodami mechanicznie w dół
 I piętro
parter
minus pierwsze piętro
garaże

Snuje się
nie napotykam na twarze
rysuje
szpecę się w odbiciu własnym
rozbijam stwardniałe części ciała

Zachłannie chcę
miech chcę, posiadać
ale nie w głowie mi próżna kasa
jednym słowem się kryje
jedne słowo wspominam
i na nie patrze z oddali.
Słowo na być
bez kropek wielokropków nieskoczenie wielu znaków
zegar znów przypomniał mi o chaosie jeszcze nie przeżytych znaków



na chwilę




w kalejdoskopie poranków
wyciągać się w poszukiwaniu słońca
na ślepo przeszukiwać szawki w kuchni
myśli poukładać i upewnić się
że dzień sie zaczyna, a nie kończy

Ubrać sie w ciepły uśmiech
Tam gdzie ukrywa się pragnienia
wsypać garść nasion
wyjść
powiedzieć parę razy dzień dobry
pocałować klamkę, milczeć...

przewrać w dłoni jabłko
turlać po stole, bawić się
zataczać krąg myśli niespokojnych
próbować spamiętać zapach win i nalewki

być w męskiej łaźni,
być w sadzie z karzełkami
być między tańczącymi
w wiosennej euforii
być przebranym i krążącym
między dniami i nocami
niezauważalny




Odgryzłem pępowinę
w ustach mam smak krwi
własnej krwi

Rozpuściłem sieci babiego lata
na cztery strony świata
tysiące nici

Zapominam się w snach
rozpływa się granica
jawy czy już zjawy

Głowę zanurzam w mleku




Wiatr jesienno -zimowy


Napisałem dziś telegram do starca na ławce
Co patrzy przed siebie jakby nie dostępny
Napisałem do jego myśli, aby wypłynęły
Poza stan słabego ciała i słabych oddechów.

Starzec sięgnął swój zniszczony kapelusz
Spojrzał błękitem swoich oczy,przeszył mnie
Palec swój przyłożył do ust, w jedno znaczny sposób
Dając do zrozumienia, że historia będzie płynąć w ciszy

Teraz patrzę w jednym kierunku wraz z nim,
Nosem wchaniam woń historii zapachy
O młodości, wojennej miłości
Śmierci przyjaciół i samotności.

... only...

Za przebudzeniem, w kocu codzienności spraw
ukrywam światło, myśli ciepły smak
Krew budzi w żyłach chęć nie odpartą
tętno w tańcu gorącego tanga zbawcą
Resztą magiczni upiorni czarodzieje
posypują głowy gwiezdnym zniewoleniem
Stojąc na krawędzi rozchylam swe ręce
łapię w dłonie - żagle wicher nieśmiertelny

dla pewnej ośmiolatki

W oczach ośmiolatki zaciekawienie
niewinność zakryta pod uśmiechem
kruchość istnienia i niepewność
ruchu, słów, milczenia, chęci działania.\

A czy na pewno dobrze robisz ?
Szczerym spojrzeniem kruszysz lody
Twój dotyk mlekiem w niepogodę
Słowa zabawą powleczone.

Dziś przypomniałaś się mi mała
Z twarzą motyla, z gracją ptaka
co w swej wolności nieświadomej
zapomnisz szybko nim noc powróci.

Zamknij więc oczu swoich niebo
W blond włosów gwiazdy wplataj śmiało
I kryjąc głowę do poduszki
Śnij snem spokojnym, snem pokornym


W oddechu

Oddech próbuję złapać
 W oddechu nieskończenie wiele
   Powietrza próbuję złapać
    Tlen wiąże w całość
     Ciąży mi nadmiar
       I znów po chwili
        Oddech próbuję złapać

CANDY GIRL



Patrzysz na twarz, czy pamiętasz ją jeszcze
Spoglądasz w lustro, czy rozpoznajesz siebie
Wyciągasz ramię do przodu do… kogo, czego ?
Stoisz w milczeniu przed wiekiem trumny.

W ręku cukierek och boże słodycz
W ustach cukierek na boga rozkosz
Twarz osłonięta w czekoladowy sposób
Słodka może nie wina niby naiwna.

Rozrysowała w lustrze obraz swej twarzy
Okropną szminką rumień dodawszy
Skrzywiona z mdłości chwyciła lustro
W wielkim wkurwieniu rozbiła lustro

Pozostał ślad ciepłej krwi
Pozostał ślad stłuczonych chwil
Stała w milczeniu i po kryjomu
Dławiąc się sama wchłaniałą słodycz


Cukierkiem albo psikus




Tak Tak Nie Nie... Wyższy poziom percepcji intelektualnej perwersji...
Czas zaszył się na momenty, gdy kręci sie w koło stare koło
koło fortuny złapało kapcia więc  starzec sam pcha przed sobą wózek z colą
Za nim ciągną się korowody bydlęce wagony, dziecięce balony
Podskakując w rytmach śpiewacza operowego, zapomnianego, zasmarkanego
co w blasku chwały sam klaskał dla pochwały sam jedyny
w noc tylko głuchym dźwiękiem
Słyszysz ? ja nie słyszę..

To skrzyżowanie dróg na mapie życia


Postrzeliłęm się w kolano
licząc, że skażenie wyjdzie
wraz z utratą krwi

Klnąłem w niebo do księżyca
wychylając butli treść
jeden łyk nie zmienił nic

Nowym smakiem też nie wyptę
z pamięci starej czekolady
zapamiętanej na zawsze

W czarnej dziurze myśli
pozostawiam setno spraw
i tak wiem że znów powrócę

kruche

Widziałem dziś oczy człowieka,
który wykrzywiał twarz swoją
w milczącym bólu

Widziałem dziś ciało człowieka
bezwładnie leżącego na próżno
próbującego wstać

pięć minut wcześniej, a widziałbym
gwałtownie hamujące ludzkie życie
na przedniej masce samochodu



patrzę teraz w niebo


odmawiam poczucia winy
za grzech wczorajszy
za grzech jutrzejszy
bez wina odmawiam poczucia

rysuję w głowie milion myśli
odmawiam wypowiedzenia
na głos choć słowa
w głowie rysuje się bezmyślnie

w zamyśleniu

Zanurzam łyżeczkę w filiżance wszechświata
poruszam, mieszam, wróżę z fusów
dopatruję się końca świata
kataklizmu cząstek bozonu
rozkodowania w stu procentach
genu szaleństwa
genomu próżniactwa

Wyciągam łyżeczkę dopijam resztę
zimnej czarnej herbaty
zapominam o końcach świata
przepowiedzianych
nagięciach strun czasu
w powietrzu unosi się zapach
świeżo zerwanej niepamięci

jutro

Czart znów dał o sobie poznać, ubrany w słowa "pamiętasz mnie", przyszedł, zapukał, zażądał trunku i usiadł.
Znowu będzie chciał się zabawić...
- Co znów wymyśliłeś? zapytałem przynosząc bimber z szafy.
Szyderczo się uśmiechnął.
- Czy ja podpisałem u ciebie cyrograf ?
- Nie.
- Sprzedałem swoją duszę?
- Nie.
- To po kiego czorta znowu tutaj jesteś?
- Bo Cię lubię, i sprawia mi radość mieszanie w twoim życiu. 
- Bardzo śmieszne - uśmiechnąłem się od niechcenia.
- Za dobrze byś sobie radził, gdyby nie Ja. A tak czujesz że żyjesz, tego przecież chciałeś.
Wyciągnął z kieszeni los i rzucił w górę. Błysnęła iskierka i upadła na stół. Przykrył ją szybko swoją wielką dłonią zanim zdążyłem zerknąć na nią.
- Od jutra będziesz.... albo nie - sam się przekonasz ! Zaśmiał się do rozpuku.
Dopił szybko do końca, otrząsnął się i zbierał do wyjścia. Burknął tak żebym zrozumiał:
- I tym razem mnie nie zawiedź, POSTAWIŁEM na ciebie !
  

zmęczenie materiału


Wdech wydech wdech
Sprawdzam puls
Wciąż bije
Wciąż żyje
Biegnę
Zaciskam dłonie
Do krwi zaciskam
Zostawiam ślad
Może powrócę
Zanim deszcz zmyje
Wątły ślad
Dorobię się nowej blizny
Zakrytej
Naiwnej
Dziś zaceruję skarpety
Dziś zaceruję tę dziurę
Ego już nie ucieka

Pogrzeb


Sterowność statku zakłóciła burza
Harmonijnych uniesień i upadków
Do grobu
Do morza
Wrzućmy zgnite ciało
Do nieba
Do piekła
Uniesie się dusza
A ja ciągle przebywam
W lepkiej zawiesinie
Przyklejony do ściany
Nie jestem pijany
Tu nie pomogą wróżby
Podstarzałego owczarza

Przeddzień zapomnienia
Zaciskając pieśni
Krzyk ulatnia się
Mimo zaszytych ust
Na podwórzu tylko chłód

w porannej mgle

Z daleka nie było go prawie widać, zaledwie zarysy ramion zapomnianych w monotonnych ruchach błyszczały się  kroplami potu. Z ludzkiej tylko ciekawości zapragnął podejść bliżej, na tyle blisko aby dostrzec cały obraz rysujący się teraz przed nim. Jeszcze parę minut temu nie spodziewał się, że będzie się czołgać tuż przy klifie od strony zawietrznej, gdzieś wśród paproci i wilgotnego wieczorem mchu. Gdyby to planował to przynajmniej założyłby ciemnozielony strój rybacki , a nie jasne jeansy i cienki sweter. Nie miało to już znaczenia… Okrył się paprocią czołgając najciszej jak tylko się da. Wyrównał swój oddech z powiewem zachodniego wiatru i z gracją pokracznego owada bez dwóch nóg  zbliżał się do celu. Szpada co raz odbijała blask bladego księżyca w momencie kiedy nieznajomy podnosił ją jak najwyżej się da. Potem tylko głuchy dźwięk stali zanurzającej się w miękki grunt łączył się z łapczywie połykanym powietrzem. Z pozycji leżącej nie mógł wiele zobaczyć, lecz był już wystarczająco blisko, że wykonując gwałtowny ruch mógłby zdradzić swoją obecność. Dopiero teraz przeszła mu myśl, że jeśli się zdemaskuje to może sowicie oberwać tą połyskującą szpadą, która na razie karmiła się martwą glebą.
Zadrżał w niepokoju przez ułamek sekundy. Trawy i paprocie wokół niego zaszumiały w obcym dotąd rytmie. Głowę wtulił w ziemię tak mocno, że odbiła się w gruncie jak w świeżej masie gipsowej. Kiedy podniósł powoli głowę lekko odwracając ją w prawo dostrzegł w ułamku sekundy tylko błysk.
W porannej mgle zaspany jeszcze popijał kawę. Klną pod nosem na wszystkie kurwy, że akurat to jemu zadzwonił telefon.  Teraz stoi nad rozkwaszoną głową w masie ziemi i paproci… pomyślał o sałatce i od razu zebrało mu się. Rozejrzał się i tylko w porannym słońcu błysnęła mu stalą szpada nakarmiona ziemią i krwią. A co było w głębokim dole… MARTWE ZŁUDZENIA

szach i mat

Zapomniałem podpisać listu samobójcy, zanim wyszedł na samotny spacer lipową aleją. Kazał mi go przepisać, żeby jego pożegnanie wyglądało w miarę estetycznie i czytelnie dla tych co odwiedzą jego ciało na cmentarzu. Pismo moje było spokojne, zadbałem o pewne ruchy pióra i niebanalną kaligrafię. Jego kartka to poplamiona frytkami i pełna skreśleń chaotyczność, w którą się ubrał on i jego zdania. 
Linie... czarny atrament wędrował po kartce, rozprzestrzeniał się w harmonii będąc z płomieniem świecy na balkonie. Słowo za słowem układały się w szyku wymuszającym mimowolnie wzruszenie i gniew jednocześnie.
To stało się wczoraj podczas gry w szachy. Stawiałem właśnie gońca na  E6 kiedy usłyszałem jego prośbę.
- Zrobisz coś dla mnie ostatni raz? - zapytał spokojnie,
- Pewnie.
- Przepisz tę kartkę, jutro o godzinie 21 otwórz ją i przepisz.
- Co na niej jest - zapytałem.
- Przekonasz się, cierpliwości.
- Dobrze, zatem tak zrobię, Twój ruch.
Poszedł wieżą na B2 uniemożliwiając mi atak na królową w następnym posunięciu.


W ostatecznym rozrachunku, pomimo niedokończonej rozgrywki wygrał, wyprzedzając mnie o jedno posuniecie.

ambiwalencja

Zjawia się i znika nie kompletność wobec życia. Urywa się ze sznura próżna próba, za późno jęki wydobywać z dna, mózg nie sługa. Parawan lekarski chowa za swym cieniem krzywoustego potwora. Zgarbiony, roztrzęsiony, półnagi, milczący i groźny. Niepewny jak napięty łuk w ręku niedoświadczonego. Może przeszyć bok i wyszarpać wnętrza bez mrugnięcia. Wdech jak skowyt, wydech jak chrapliwe mruczenie. Nic więcej ponad to co stworzył doktor Jekyll, albo co uwolnił ze swojego chorobliwego i słabego ciała. Czyste zło, żądzę zwierzęce, gniew i frustracja które karmiły się wnętrznościami miernego doktorka przerodziły się w dzikość i niezrównoważenie pana Hyde'a. 
Dyszy, ściskając w łapie jeszcze bijące cudze serce. 
Tylko jak doktor Jekyll wytłumaczy się z posiadania ludzkiego organu do swoich badań nad sztuczną komorą?

back to black

Zatrzymał się na przystanku, gdzieś pośrodku pól. Pachniało zbożowym mleczkiem. Radio w samochodzie mruczało niechętnie i cicho. Zgasił silnik i wyłączył światła, ręce drżały mu ze zdenerwowania. Przed paroma minutami odebrał telefon, rozmowa krótka i bolesna niczym strzał z colta zmroziła jego ciało. Siedział na fotelu kierowcy patrząc się w nieokreśloną dal którą zarysował zagajnik na horyzoncie. Jego żyły na szyi były napięte do granic możliwości, jeszcze chwila i eksplodowałyby wytryskując czerwienią na tapicerkę i szyby.
- muszę wziąć się w garść- powiedział sam do siebie otwierając drzwi.
Podszedł do bagażnika i wyją z niego swoją aktówkę. Obszedł samochód i przysiad przy kole od strony pasażera. Sięgnął w głąb aktówki wyciągając strzykawkę z adrenaliną. Szybkim ruchem zerwał opakowanie, uniósł rękę w górze i z impetem wbił ją w udo. Rozluźnił ciało, zamknął oczy. 
Nie miał zamiaru jechać dziś dalej, nie miał zamiaru dzwonić do nikogo. Chciał trwać gdzieś pośród zbóż ze sterczącą igłą w ciele, aż obudzi go poranna rosa osiadła na twarzy. Wiedział tylko jedno. Jutro założy czarny garnitur i koszulę. Kupi kwiaty. Zobaczy się z żoną i razem będą milczeć nad ich pierworodnym płodem.

Na cóż z rozwagi

Pij !!! Pij nierozważny pij!!!

Gnij !!! Gnij nieroztropny gnij!!!

Rycz !!! Rycz roztrzęsiony rycz!!!

Wyj !!! Wyj nierozsądny wyj!!!

Tnij !!! Tnij tchórzu tnij!!!

linę po linii
sieć po sieci

Droga mleczna

Zapragnąłem drogi mlecznej,
patrzeć na nią, zlizywać jej smaki
muskać ją po koleinach twarzy

Zapragnąłem zataczać się
jakbym wiecznie chodzi pijany
odczuwał miękkość swych kolan

Zapragnąłem zanurzać palce
z atramentowym wieczorze
pisać scenariusze o dniach niepisanych

Odszedł od stołu w blasku świec oczu
płonące myśli podsycał wichrem
spalą się w sile spalają na siłę

Odszedł po prostu nie mówiąc nikomu
w szlafroku starym kapciem szurając
Zapachem, dymem tańczącym za nim
wodził na pokuszenie
Na drogę mleczną próbując zwabić

krew z szafy

za dziś, za wczoraj, za jutro
za pragnienia 
za nieosiągnięcia
za niewypowiedziane
za te wyszeptane
za zrobionego zeza
za niesfornego tancerza
za, a nawet przeciw
za zawracanie rzeki
za podpalenie śmieci
za to i za tamto
za pominięcie też warto
za rozbiegane myśli
za winogron sześć kiści
za przygryzioną wargę
za frywolność żartem
za durne miny i fryzury
dzięki temu co u góry
wsadził w usta granat pusty
i wyszczerzył się do lustra
niech rozsadzi pucha usta

Zalane miasto

Spragniony asfalt pochłania deszcz
Jeden za drugim zapada zmierzch
Kolejna noc w duchocie ginie
Nikt nie wie w jakiej przyczynie
Odrywa się piorun spod nieboskłonu
Biegnie ku ziemi do podstaw tronu

O DRUGIEJ W NOCY W BŁYSKU NATURY
STOJĘ NA GZYMSIE KARYKATURY
PATRZĘ I CHŁEPCĘ WODĘ Z OBŁOKÓW
RZYGAM JUŻ MARCHWIĄ 
RZYGAM JUŻ SOBĄ
PO CZYM GRZECZNIUTKO JAK NIGDY DOTĄD
WRACAM DO ŁÓŻKA ZACHWIANYM KROKIEM
Stanął przy mównicy, rozglądnął się po tłumie obleśnych słuchaczy do których miał mówić przytaczając swój ostatni wykład o otyłości mózgu.
wdech wydech wdech wydech...
próba mikrofony... raz raz...
czy mnie słychać?? zwrócił się w kierunku mikrofonu
nie ?? - brak reakcji tłumu potwierdza tę hipotezę - ooo to dobrze - pomyślał pod nosem....
- To powiem to wszystko co mi ślina na język przyniesie -
WKURWIA MNIE TO, ŻE MUSZE PATRZEĆ NA WAS. ŻE MÓJ LOS ZALEŻY OD WAS! WKURWIA MNIE TO!
mikrofon zapiszczał... grymas spowodowany przez ten charakterystyczny dźwięk poruszał nieruchoma twarze.
- DRODZY PRZYJACIELE, NIEZMIERNIE MI MIŁO, ŻE TAK LICZNIE ZAGOŚCILIŚCIE NA SYMPOZJUM NA KTÓRYM WYGŁOSZĘ OSTATNIE WYNIKI NA TEMAT MÓZGU I JEGO OTYŁOŚCI ...
rozglądał się po sali z automatycznym uśmiechem nr 3 ( zgodnie z porannymi ćwiczeniami przed lustrem ) i urodził konkluzję... JESTEŚMY OTYLI I OCIĘŻALI NA UMYŚLE...

/bravo/ - klaskał sobie sam bawiąc się palcami w bucie.

szaleństwo vs wolność

Ile jesteśmy wstanie oddać za świadomość wolności, nieodgadnionej świątyni własnego umysłu i rozkoszy wpływającej ze źródła własnego ego?
Kiedy zaciera się granica między szaleństwem, a odczuwaniem świata w sposób nie magiczny lecz ulotny. Idąc po ulicach przeżywać każdy krok jakby miał być tym ostatnim odciskiem stopy na rozgrzanym asfalcie rzeczywistości. Patrząc na dłonie, nie widzieć w nich przynależności lecz sklejone właściwie cząstki materii i antymaterii. Zabrakło wieczorów zadymionych i spacerów po burzy.
Dzień jako cząstka wszechświata określona z grubsza markerem niechlujnie na kalendarzu zdarzeń nieodgadnionych w przód, zapomnianych wstecz, rozciąga się jak zwykła guma balonowa do granic wytrzymałości po czym pęka. Dniem tym zawładnęła dylatacja czasu, gdzie ścigając się w trosce o poczucie tożsamości w rozumieniu interdyscyplinarnym zaciera się dotychczasowe- złudne poczucie wrażliwości odczuć werbalnych potęgując do granic Drogi Mlecznej odczłowieczenia i inne schorzenia- będące wynikiem oddziaływania allelopatycznego dnia i nocy. Chemia sztucznie wprowadzana do organizmu jest niczym w porównaniu z tym co potrafimy sami wytworzyć wliczając w to endorfiny, testosteron, melatoninę lub mediatory synaptyczne. Jedną z najbardziej toksycznych wytworów jest zniechęcenie, które zabija szybciej niż komórki rakowe i wypacza z człowieczeństwa.
Jaka jest cena szaleństwa ?? Brak świadomości przeżywania zarówno dnia i nocy.
Nie jestem taki, jak oni,
Ale potrafię udawać.
Słońce się schowało,
A ja mam światło.
Dzień się skończył,
A mimo to się bawię.

Myślę, że jestem głupi,
Albo może po prostu szczęśliwy.
Pomyśl, że jestem szczęśliwy.

Moje serce pękło,
Ale mam trochę kleju.
Pomóż mi wdychać,
a poczujesz się lepiej,
Poświrujemy,
pobujamy w obłokach,
Potem zejdziemy na ziemię i będziemy mieć kaca.

Obedrzyj słońce ze skóry,
zaśnij.
Rozmarz się,
dusza jest tania,
Lekcja wykuta,
życz mi szczęścia...
Uśmierz piekący ból,
obudź mnie.

 /nirvana - dumb/

powrót do źródeł zawsze odświeża mi pamięć

ENDLESS NAMELESS

Podniósł w górę ręce mówiąc spokojnie: "Oto puste ręce."
Podniósł w górę butelkę i rzekł: "Oto czysta woda."
Odwrócił się od tłumu i odszedł.

Pozostało zaskoczenie.
głową ciężką wymachuje na prawo i lewo
głową z myślą co się oderwać nie chciała
głową nadętą jak bomba przed eksplozją
głową zmyślną co działa jak chciała.
Nie! - Krzyknął z całej siły uderzając z impetem pięścią w stół.
Nie zgadzam się! - Wstał gwałtownie od stołu i nie zważając na nikogo począł wymachiwać rękami ni to językiem szaleńca, ni to językiem migowym.
Nie pozwolę! - Krzyczał biorąc z fotela swój frak.


DZISIAJ SAM SIĘ WYKOLEJĘ !!

słyszane na długim lewoskręcie.

sztuka przeżywania

Patrzeć jak tańczy !!!
dosięgać setna sprawy
ni w żartach ni to na serio
za wcześnie jeszcze na umieranie
za wcześnie jeszcze  na śmiech!

Bezsenne noce
Bezsenny czas
Wskazówka biegnie
Przeciąga nas
Przerywa bieg
Przeklina gniew
Bez przerwy tkwię
Bez winny śnię.

Spotkania II

Trzasnął frontowymi drzwiami z całych sił nie zważając na to, że odpadł fragment tynku z odrapanej ściany przedpokoju. Zrzucił z siebie mokre ubrania i nagi podbiegł do okien. Zasłonił firanki i zasłony.
Przez chwile skulił się w ciemnym kącie łapczywie  oddychając. Chciał się uspokoić, tylko uspokoić.
minuta,
dwie,
piętnaście,
ileś tam,
Wyprostował się i robiąc niewielką szparę między zasłonami wypuścił oko rozglądając się po najbliższej okolicy.
Cisza, żywej duszy. Uff
Przeszedł przez pokój zostawiając mokre odciski własnych stóp na panelach. 
Ślady były ciemne. Widocznie zranił się w stopy biegnąc martwymi ulicami do domu.
Nie poczuł nawet w którym momencie  nadepnął na szkła rozrzucane.
W łazience narzucił na głowę suchy ręcznik, zamknął oczy. Znów zaczęły wirować fioletowe parasole wolno stojące. Tak usną jak zwierze między wanną, a toaletą z ręcznikiem na twarzy i roztrzęsionym oddechem.

Nie wzruszony obserwator odsłonił tylko okna, aby nowy dzień przywitał go słońcem i świeżym powietrzem po burzy.

zaintrygowanie

Nie trzeba dużo mówić
Żeby wiele wiedzieć

Kiedy zmruży się jedno oko
Drugie działa jak stara kamera
Rejestrując z paro sekundowych odstępach
Powolny ruch dłoni, ust, ramion, włosów
Film niemy
Akcja dzieje się tu i teraz
Fabuła... powolny ruch między klatkami
Statyka
Zaintrygowanie
Zatrzaśnij drzwi za sobą,
Bym nie słyszał kroków
Ja w tym czasie zaparzę dwie herbaty
Jedną malinową
Drugą zieloną z cytryną

Wezmę kubek i stanę na balkonie
Niebo dziś płacze za ptakami
Pachnie rozgrzanym asfaltem i kwitnącą lipą
Popijam swoją herbatę
Drugą na stole zostawiam

Spotkania

Uczucie głodu towarzyszyło mu od samego poranka. Kawą, myślami, suchym chlebem tego nie da się zaspokoić. Ubrał się jak zwykle niechlujnie wciągając na siebie sweter pachnący papierosowym dymem i czarne spodnie. Co się wczoraj wydarzyło?? Drapie się po głowie rozszyfrowując pozostałości markera na prawej dłoni.
Pamiętał tylko, że wczoraj nie był dla niego najlepszym dniem. Nie potrafiąc wytrzymać sam ze sobą już lekko odważniejszy napisał szybką wiadomość do osoby, którą ledwo znał z imienia.
"cześć, Będę bezpośredni. Pewnie masz inne plany wiec luz. Ale potrzebuje posiedzieć przy kimś i się nie odzywać. A że prawie ogóle się nie znamy więc skazuje się na śmieszność i piszę do Ciebie. Tyle."

wiadomość zwrotna: "Jeśli taka potrzeba to wpadaj".

Przypomniał sobie dźwięki roztrojonego pianina i spojrzenie, które zawisło na pożegnanie.
Tak, to była chwila której nie da się powtórzyć

relationship

Już po raz kolejny śnią mi się wilki.
Drapieżne i uwolnione od wszelakiego ludzkiego dotyku
Basior dumny i olbrzymi patrzy na mnie swymi  dzikimi ślepiami
Samice rozglądają się za  szczeniętami.
Próbowałem policzyć całą watahę, nie zdołałem.
Biegały wolno i majestatycznie tworząc krąg
Niezrozumiałe dla mnie pismo dzikiej przyrody.
Basior patrzył na mnie
Ja na niego
Nie bałem się pomimo świadomości,
że może w każdej chwili skoczyć na mnie i rozszarpać mi gardło.
Lecz on próbował mi coś powiedzieć ważnego
ale co... co... może tej nocy się dowiem.

my behavior

Wdychać jazz pełną piersią
Naginać kark tylko przed prawdziwą miłością
Zapijać noce śmiesznością obszyte
Wypalać się razem z tym bitem

Zaciągać do łóżka chwytające życie
Porywając się na rzeczy mało możliwe
Stanąć przed lustrem zaraz o świcie
Wyszukując świeże zmarszczki mimiczne

Błysk w oku moim nigdy nie zniknie
Choćby życie miało się skończyć za chwile
Rozpościeram ramiona szeroko i krzyczę
Usłyszy mnie ten kto jeszcze ma siłę !

Nie do wiary

Nie po drodze mi na drodze.
Nie po drodze jest mi stać.

Nie po myśli jest mi myśleć.
Nie po myśli marzyć, śnić.

Nie do wiary, że bez wiary.
Nie do wiary iść bez wiary.

Więc uwalniam - duszę - którą duszę.
Więc uwalniam - ciało - dając ciału to co chciało.

czekoladki



Otworzył z rozmachem nie zwracając uwagi na kształt. Zniekształcił je rozszarpując za jednym zamachem część folii fabrycznej i wieczka zakrywającego słodycz do której chciał się dobrać. Oczy jak dwie żarzące się latarnie podczas sztormu lustrowały okolicę, aby żaden nie chciany przybysz nie zacumował przy nim i nie domagał się gościnności.
-Co to to nie. Najwyżej schowam się pod stół i przykryję obrusem - powiedział pod nosem z dumą, że wymyślił tak chytry plan jednoosobowej konsumpcji .
Pod ścianą w drugim pokoju było miejsce w sam raz na taką kryjówkę. Zacisnął więc swoje drobne ręce na pudełku i szybkim krokiem zaczął podbiegać we wcześniej upatrzone miejsce.
Krach! zapatrzony w słodkości nie zauważył podwiniętego dywanu w którym ulokowała się jego noga i z całą swą długością stanęła w miejscu.
Upadł na podłogę rozsypując wszystko co tak usilnie chciał zachować dla siebie. W szoku i w wielkim zaskoczeniu nawet nie wstał. Leżąc, zgarniał wszystkie słodkości w zasięgu ręki i łapczywie wpychał je sobie do gardła, aż z lekka zsiniał krztusząc się mimowolnie.

Obserwator widząc co się dzieje podszedł z wolna do łakomczucha, który jak kameleon zmieniał swoje barwy i uderzając go odpowiednio w plecy łagodząc męki.

Pozbierali resztę nie nadjedzonych słodkości i wrzucili do pudełka. Reszta została zebrana  w bawełnianą chusteczkę Obserwatora i schowana do kieszeni.

Mały wstał, wziął pudełko i poszedł do salonu usilnie częstując gości tym co pozostało w pudełku w kształcie serca.

Obserwator zachował jego łakomstwo w kieszeni i odszedł gdzieś niepostrzeżenie.
Zapomniał otworzyć wieczorem okna, przespał w duchocie świeżej pościeli krótką noc. Wstając potknął się o wczorajsze myśli i butelkę niedopitego wina. Dzień będzie wyglądał inaczej - pomyślał w głębi nie zgadzając się na to co może go dziś czekać. Zrobiwszy sobie kawę poszedł na balkon, podsunął krzesło. Stanął na nim.
-jestem za nisko i za daleko.
Zrobił kolejny krok, otworzył oczy szerzej. Stojąc na barierce przebierał palcami u nóg wystukując rytmy zasłyszane dwa dni temu.
Kusi iść dalej, zrobić kolejny krok po niewyczuwalnej podłodze, którą układał przez sen. Czy wytrzyma pod moim ciężarem??
-czuje się lekki.
Wykonał ten kolejny krok z pewnością.

Obserwator zawisł w oknie patrząc jak unosi się z lekka i dziko w wielkomiejskim zaduchu.

to ja...

Tak to ja, nikczemnie, przyznaje się\
to ja ukradłem księżyc. Chcę patrzeć na niego\
chcę mieć go egoistyczni dla siebie
Ten starzec z bliznami wiódł mnie przez czas
moich dwudziestu paru blizn zostawiając ślad 
Wziąłem go pod ramię jak ojca zmęczonego po pracy
On nie mówił nic, ja również nie
Wiedział o czym w tej danej chwili myślę
Ja nadal nie mówiłem nic
Uśmiechał się udając że ma siłę tak trwać \
i każdego wieczoru dawać światło odbijając 
swoje lico jak na zdjęciach 
dziś nie miał siły

Między myśleniem

Wciąż świadomie pragnę obiecanego
Czego…- skarcenia
Psycho- czy fizycznego
Na ołówek napiętego sumienia
Wspomnienia pieczonego w oleju
Niczym jęzory świńskie
Na patyk wsunięte
Chcę mieć nie mogę
Sadyzmu wrodzonego
Nie posiadam
Nie ukradłem ani nie kupiłem
Po prostu nie!!!
To czemuż kłuje mnie w nadnercza
Tasiemcami długie impulsy magnetyczne
Co przez rdzeń i komórki nerwowe
Na dziki zachód hen w moją głowę
Wślizgują się i patrzą oczyma mymi
Jako Freudowskie ID
Co krzyczy „RULEZ”!!!
I mocarnymi łapami okręcaj się
Wokół krtani
Na lewo lew
Wydrapany z atlasu podróżniczego
Łączy się niepozornie
Z koszmarnymi snami
Z lat mych nie innych jak dziecięcych
Tworząc niby swój własny psychoświat
Pełen impulsów barw
Reaktywacja
Podczaszkowego
Wszechnieogarniętego
szaromasowego
lądu tysiąca i jednego wspinacza
międzyczasu

PŁÓD

Zaliczam kolejną dziwkę uliczną,
Zapładniam,
jedną po drugiej gdzieś w ciemnościach,
trzymam je za kark tuż za rogiem, 
zostawiam w nich coś od siebie
Zielone twory. płody moje do zniszczenia.
To one krzyczą po nocach.
Chodź za mną, a pokaże Ci te wszystkie stany upojenia
kiedy ciała drżą w ekstazie
po zastrzyku narkotyku
w podniecie i adrenalinie.
czas znany, ulice jeszcze dziewice
raz po raz będą rozchylały słoje łona.

Skoro mówisz że jesteś

obserwator : Mówisz, że jesteś, ale czy na pewno?

Ty? :  Piszę więc jestem, pozostawiam ślady trwałe. Więc jestem.

obserwator : Ale czy jesteś gotów wyjść tej nocy poza przestrzeń, poza zamknięte oczy, poza sny, poza to co jesteśmy sobie wstanie wyobrazić?

Ty? : Zobaczysz.

obserwator : Jak Cię rozpoznam w takim razie, skoro znamy się jedynie ze sczytywanych myśli.

Ty? : Poznasz mnie na pewno.

obserwator : Dobrze więc, zabiorę moje dzieci. Te skryte jeszcze przed Tobą. Zabiorę skrzydła z szafy i mój zielony garnitur dziurawy. Będę na boso błądził bez celu rzucając cylindrem w gwiazdy. Uśmiechał się głupkowato.

Ty? : Ta noc należeć będzie do naszych dzieci.

obserwator : Ta noc przerodzi się w części elementarne Ty będziesz jej niewinnością, ja zaś sprzeczny z Tobą  całość złych emocji przeleje na siebie. Umiem świetnie sobie z nimi radzić.

Ty? : ukręciłeś już kiedyś łeb hydrze??

obserwator : Ukręciłem już kiedyś łeb SOBIE.

Re:

Re - i n k a r n a c j a,
Re - i n t r o d u k c j a,
Re - p r o d u k c j a,
Re - w o l u c j a,
Re - s o c j a l i z a c j a,
Re - w i t a l i z a c j a.

Repertuary - slogany - bzdura bzdura !!

sen

Odśwież swoje myśli na poczekaniu bez biegu i przedbiegu.
Otworzyć oczy i zbudzić się w innym świecie,
Tam gdzie marzyłeś być - ja jestem
Ty umarłeś na mych oczach, na moich ramionach,
Wiec czas znów zamknąć oczy i obudzić się w  miejscach nieznanych
Gdzie ty  ani ja jeszcze nie byłem, w stanie w jakim jeszcze się nigdy  nie znajdowałem,
Wiec uciszam myśli mój drogi przyjacielu i oddaje się mocą których tak do końca nie rozumiem.

Popija swojego drinka nerwowo przesuwając w palcach swoją monetę szczęścia. Zaciska zęby tak, aby przed resztą graczy nie zdradzić się, utrzymać pokerową twarz. Dwie karty przed sobą... dumna dama pik i wściekły goniec trefl... zupełnie nic.. na stole trzy karty zasłaniające swoją moc. Spojrzał w prawo, tam pot zlewa się po skroni niezbyt wysokiego macho rodem z włoskich Alp... pewnie karta mu nie służy... pomyślał i mruknął pod nosem melodię tylko jemu znaną...po lewej stronie niezbyt pewna siebie pani ubrana w perły i drogie futra rozdrapuje paznokciem swojego kciuka. Tak. to pewnie je rozdanie, albo blefuje tak idealnie. Ta kobieta... nawet dym unoszący się z papierośnicy nie przyćmił jej piękna... blefuje na pewno... Patrzy na diabła- krupiera... dorzuca dwie monety, podbija stawkę. Dla zwykłego śmiertelnika jest już za wysoka. Cyrografy in blanco zostały podpisane zanim przystąpili do tej ostatecznej rozgrywki.
Stawka podbita!! czas sprawdzać
pierwsza karta... AS,
druga karta........dziesiątka,
trzecia karta...??
błagam niech to będzie król... król... król... -myśli wściekle nie mogąc się już doczekać- oczy rozbłysnęły mu się jak w pełnym szaleństwie.
Krupier odwraca ostatnią kartę...
...goniec... czar pryska
krupier zabiera ze sobą cyrografy i całą pulę szczęścia będącą na stole. Odwraca się, a ogonem zmiata wszystkie niepokoje.

Tej nocy odważę się skoczyć, nie zapomnę Ciebie nie zapomnę siebie



Znowu balkon, znów majaki, grzesznością będzie przesycona noc. Nie dygocze moje serce przymrożone. Echo pre-ego już nie słyszę w głowie. Zakotwiczone myśli, pragnienia chłepcze łapczywie jak zwierze. Wyć do księżyca jeśli się zachce, wyć będę do bólu krtani. Szatani kręcą się w koło kusząc nędznością , próżnością i łatwizną. Spal te wszystkie kurwy na stosie wybujałego materializmu, albo skul się jak pies.
Wierzyć bardziej wilkom niż bożkom. Rysując po ścianach własną krwią pozostawiamy na chwile swój ślad, jak  insygnia śmierci dając życie gdzie indziej.
Hydra sama ukręciwszy sobie łeb położyła się obok na łóżku. Tam zdechła, został po niej smród.
Na parapecie usiadł zamyślony. Wpatrywał się mimowolnie w swoje odbicie w brudnej szybie, aż na twarzy zagościł próżny uśmiech w grymasie jakim zawstydziłby najbardziej najedzone dziecko przy misce kaszy ze szpinakiem. Odważył się otworzyć okno. Oczy zmrużył, zapadając się jakby pod ziemię. Stał się nie widoczny dla materii. Skupiając się na własnym oddechu i łaskotaniu przez wiatr jego zmarszczek mimicznych. Bliżej mu było do powierzchni kwantów, neutrinów, a może nawet bozonów.
Zatarł się czas między nim, a obserwatorem stojącym w kuchni i pijącym kawę.
wypowiedział tylko jedno słowo:
- jestem.

czas znów wrócił do normy
Księżycem można się upić mimowolnie patrząc tylko w pełnie. Zbyteczne są słowa, poza wulgatą co same plączą się i wypuszczają jak bękarty języka i myśli niezbyt zgrabnych.
Nocą można się unieść choćby dwa centymetry ponad stan własnego ja. Rozkładać ręce niby ptak, wirując, wirując, czekając na wiatr.
Bez bełkotu gorzkich prawd wypisuję w powietrzu imiona osób, których powinienem jeszcze znać, zapamiętać lub choćby kojarzyć. Ale czy na pewno spotkałem ich w swym życiu tak realnie? Nie odpowiem na to pytanie.
Odrealnienie jest stanem psychofizycznym, gdzie zaciera się blask ciszy. Nie mam świadomości czy działalność moja, oddechy są wykonywane w tej właśnie chwili. A może wybiegają o parę sekund przede mnie, albo godzinę, dni ... czas zaczerpnąć powietrza. Wdech, wydech, wdech, wydech aż zakręci się w głowie ....
Wiruje, bo zwariowała cała dotychczasowość. To nic, że pomimo sił wewnętrznych i wstąpienia na drogę własnego absurdu rzygam już kolejny raz... czym ?? sam nie wiem...ocieram syf w rękę i patrzę w lustro nie bojąc się oddalić w szaleństwo. Mam tylko jeden cel.... obronić dzikość własnego serca.

bliskość i chłód

Od matki swojej Ciszy nie ucieknę,
Choćbym się skrywał przed Nią
W światach wielu lub całkiem w zaświatach,
Ona zawsze otuli swym chłodnym spojrzeniem,
Nie będzie mówić nic,

Pozwoli zagłębić się metafizyką
aż zakrztusi się rwące ciało
tylko po to, aby klepnąć w plecy
zaśmiać się milcząco
zapłakać mimowolnie.

Na przekór w pokorze stać będę
Ze wzgórza patrzeć w pełnię księżyca
Wiatr co hula po halach rozsiewając nasiona i gorycz
Zaplącze się między ręce
Rozwieje Twoje ciemne włosy.

od ... do...

Wzbudź we mnie to
czego nie potrafi cisza
Oderwij swoje myśli,
rozszarp je na wskrośl
na drobne kawałki niczym
wszechświaty czasu
potem rozmasuj je Ciepłem dłoni
nabierz powietrza i dmuchnij z całych sił!

Nie patrz w ziemie, patrz zawsze w oczy!
potem wystarczy wziąć czarny flamaster
a biała kartka sama się rozrysuje

pierwsze słowo będzie zawsze prawdziwe.
Płodziliśmy miłość
urodziłem zazdrość,
chciałem ją udusić
przepoczwarzyłem w obojętność
to ona zamknęła drzwi

Tak jestem skurwysynem

drzwi same się otworzą

puzzle

A może tak po prostu wyrzucić z siebie wszystko
to co jest prostackie i co wzniosłe również
rozłożyć na posadzce na czynniki pierwsze
i ot tak powolutku zacierając ręce
układać na nowo tasiemce przewlekłe
historii życia marzeń i ułudy

pierwszą część układanki tak trochę dla żartu
wmieszać między chwile zacne i pamiętne
rok urodzajny wyszyć samotnością
złość i gniew z dzieciństwa ze stoickim buntem
momenty co na twarzy niby nie obecne
wyszarpywały blizny na oku i duszy

ślepcy nie dostrzegają

oderwanie

To jedyne słowa
które napisałeś 
porwany namiętnością 
będziesz biegł z siłami Ikara
oczy Twe przymknięte
znów zalane łzami
niczym byk na corridzie
dla uciechy ludu
dasz się zaszlachtować
mieczem pełnym bólu

To jedyne słowa
które napisałeś
zanim się ułożysz
w ciemnym kącie świata
gdzie nikt nie przyuważy
jak dzielny towarzysz
niszczał sam w milczeniu
bez swojego brata

nic nie muszę mówić, Ty wiesz.

Omnibusem,
pępkiem świata
Nie jestem!
Błyskotliwym
rzucającym na kolana
Nie jestem!

Mówisz do odbicia prostoty
odbijasz się o chaotyczność,
gdzie między granicami
racjonalności i infantylności
powstał bufor
co pochłania
wyrzuca
wyrzuca i wciąga
Gniew zatrzymuje się na zamkniętym
oknie Ciszy
Rozkładam ręce
by za chwile ścisnąć pięści
Krzyk, albo zaszyte usta
sprzeczny sam ze sobą

Zabawny i zarazem głupi
Ojciec jedynie swoich myśli


Zaklaszczę zatem
wstanę wykrzykując
bIs bIs !!

Sprowadzę scenę do absurdu
gryząc się w łokieć
będę kręcić się kręcić
na środku skweru
od godziny do godziny
zaczepiając i uciekając
bawiąc się w chowanego
z obrazami...
CZARNE SERCE

Oddechem

Zerwałem się!
zimna woda wlała mi się w nozdrza
Zapomniałem
nie jestem delfinem
Choć wydawało się
że na chwile skóra napięta była
na kształt płetwy
Obudziłem się!
pęcherze powietrza wystrzeliły
jak z gejzera rozbłyskując
w Oceanie Spokojnym 
Powietrza! Powietrza!
potrzebuje do życia
oceanu bym nie patrząc na ptaki
sam mógł latać
gdzieś na tafli dwóch światów

Wiolonczela

Wiolonczela


(Szeptam)” Przyjdź do mnie...”
Usiądź…
Plecami zwrócona do mnie…
Między udami moimi ułóż swoje Ciało
Rozpuszczę Twoje włosy,
Aby kasztanowy kolor zabarwił mi oczy.
Usiądź wyprostowana
Nie nagannie skupiona na swych myślach.
Ja swoją dłonią uchwycę
Struny Twoich piersi…
… wiatr  lekka potrząsa struną…
Wyłonił się z ciszy dźwięk „e”
Z nim Twój słodki zapach
Delikatnie owinął kawałek mojej szyi…

… nagły bezruch…

Tak jakby oddech ucichł,
Dłoń opadła
Oczy zamknęły się siłą ciężkości

Bez cielesności  wyrwani
Z bólu i trudu egzystencji
Staliśmy się muzyką
Nie słyszalną dla ludzi.

Na chwilę co nie zna pojęcia czasu
Uwierzyłem że umiem grać
Na tej pięknej kasztanowej wiolonczeli.

do biegu


na samym starcie już spóźniony o czas
zapomniałem że biegnę w maratonie trudów i uciech

ciągle muszę nadrabiać te wszystkie chwile
które pochłonęły mnie na łące
i zamknęły w niewielkiej otchłani uśmiechów

bunt nie wchodzi w rachubę za dużo zawdzięczam aniołom
by teraz ich krzywdzić prostotą
stać się fotografią wyblakłą

śmieszność prawdziwego losu
polega na ciągłej sprzeczności z samym sobą
rezygnacji i udanych powrotów do marzeń

Sabbath

Sabbath


Jest noc
Jest moc
W zacisznych kątach słychać szeptane słowa
„ARI ARI NATAS ARI”
Rak łacińskich modlitw starych

Z pordzewiałych kotłów
Płynie gęsta maź błotnista
Cuchnąca zieleń z dodatkiem jęzorów żabich
Skrzydeł wampirzych sierści i pazurów ptasich
Do pustych czasz

„ARI ARI NATAS ARI”

Szeptane w piwnicach
Gdy książę ciemności
Króluję na niebie
Rozjaśniając swą chwałę

W noc tak podobną
Siedziałem na skale
Książę spoglądał swym zbliźniałym licem

Ja wyciągałem powoli
Targałem i paliłem
Starych wierszy
Pieśni żałobnych
Tasiemce grube
Pożółkłe
Aby tylko ogrzać ręce
W tę noc tak mroźną
Jakbym się tulił do
Królowej lodu
Nic nie pamiętam ze spalonych wierszy

Oziębłość

Oziębłość


Ile jeszcze cierpień
Znieść trzeba
Krzyży przenieść
I wbić na szczycie świata
By zasłużyć
Na miano Homo sapiens

Era mózgu łupanego
Wiary wielkości orzecha
Uczuć pieczonych na ogniu
Krwawe steki
Pomarłych
Pogrzebanych
Wspomnień pożółkłych na amen

Po setkach pokoleń
Ten sam Bóg
W innej tylko masce
Małego dziecka
Przesypuje piasek
Koparką z plastyku
Wołając do przechodzących

Pozwólcie rodzicom
Przychodzić do Mnie
Mam tyle im do powiedzenia

Tak mówi dziecko-Bóg
Za swoimi stwórcami
Których prawie nie zna
Tak prosi Bóg swoje dzieci
By przyszły do Niego

Cisza


Przepraszam pana bardzo
Czy nie widział pan może
Dzisiaj ciszy
Moja mi gdzieś zginała

Gdzie jesteś
Już po wszystkim
Zostałem tylko ja
Bez dźwięków
Warkotu muzyki i śliny

Wychodzi mała istota
Z posiniaczonymi wargami
Tu jesteś moja droga
Przytul się nic już Ci nie grozi

Wyzwól się z więzów krzyków
I ogrzej ręce swe drobne
Przyszedłem tylko po Ciebie
By mówić tak niewiele
Albo być jak niemowa
Jak TY