zaintrygowanie

Nie trzeba dużo mówić
Żeby wiele wiedzieć

Kiedy zmruży się jedno oko
Drugie działa jak stara kamera
Rejestrując z paro sekundowych odstępach
Powolny ruch dłoni, ust, ramion, włosów
Film niemy
Akcja dzieje się tu i teraz
Fabuła... powolny ruch między klatkami
Statyka
Zaintrygowanie
Zatrzaśnij drzwi za sobą,
Bym nie słyszał kroków
Ja w tym czasie zaparzę dwie herbaty
Jedną malinową
Drugą zieloną z cytryną

Wezmę kubek i stanę na balkonie
Niebo dziś płacze za ptakami
Pachnie rozgrzanym asfaltem i kwitnącą lipą
Popijam swoją herbatę
Drugą na stole zostawiam

Spotkania

Uczucie głodu towarzyszyło mu od samego poranka. Kawą, myślami, suchym chlebem tego nie da się zaspokoić. Ubrał się jak zwykle niechlujnie wciągając na siebie sweter pachnący papierosowym dymem i czarne spodnie. Co się wczoraj wydarzyło?? Drapie się po głowie rozszyfrowując pozostałości markera na prawej dłoni.
Pamiętał tylko, że wczoraj nie był dla niego najlepszym dniem. Nie potrafiąc wytrzymać sam ze sobą już lekko odważniejszy napisał szybką wiadomość do osoby, którą ledwo znał z imienia.
"cześć, Będę bezpośredni. Pewnie masz inne plany wiec luz. Ale potrzebuje posiedzieć przy kimś i się nie odzywać. A że prawie ogóle się nie znamy więc skazuje się na śmieszność i piszę do Ciebie. Tyle."

wiadomość zwrotna: "Jeśli taka potrzeba to wpadaj".

Przypomniał sobie dźwięki roztrojonego pianina i spojrzenie, które zawisło na pożegnanie.
Tak, to była chwila której nie da się powtórzyć

relationship

Już po raz kolejny śnią mi się wilki.
Drapieżne i uwolnione od wszelakiego ludzkiego dotyku
Basior dumny i olbrzymi patrzy na mnie swymi  dzikimi ślepiami
Samice rozglądają się za  szczeniętami.
Próbowałem policzyć całą watahę, nie zdołałem.
Biegały wolno i majestatycznie tworząc krąg
Niezrozumiałe dla mnie pismo dzikiej przyrody.
Basior patrzył na mnie
Ja na niego
Nie bałem się pomimo świadomości,
że może w każdej chwili skoczyć na mnie i rozszarpać mi gardło.
Lecz on próbował mi coś powiedzieć ważnego
ale co... co... może tej nocy się dowiem.

my behavior

Wdychać jazz pełną piersią
Naginać kark tylko przed prawdziwą miłością
Zapijać noce śmiesznością obszyte
Wypalać się razem z tym bitem

Zaciągać do łóżka chwytające życie
Porywając się na rzeczy mało możliwe
Stanąć przed lustrem zaraz o świcie
Wyszukując świeże zmarszczki mimiczne

Błysk w oku moim nigdy nie zniknie
Choćby życie miało się skończyć za chwile
Rozpościeram ramiona szeroko i krzyczę
Usłyszy mnie ten kto jeszcze ma siłę !

Nie do wiary

Nie po drodze mi na drodze.
Nie po drodze jest mi stać.

Nie po myśli jest mi myśleć.
Nie po myśli marzyć, śnić.

Nie do wiary, że bez wiary.
Nie do wiary iść bez wiary.

Więc uwalniam - duszę - którą duszę.
Więc uwalniam - ciało - dając ciału to co chciało.

czekoladki



Otworzył z rozmachem nie zwracając uwagi na kształt. Zniekształcił je rozszarpując za jednym zamachem część folii fabrycznej i wieczka zakrywającego słodycz do której chciał się dobrać. Oczy jak dwie żarzące się latarnie podczas sztormu lustrowały okolicę, aby żaden nie chciany przybysz nie zacumował przy nim i nie domagał się gościnności.
-Co to to nie. Najwyżej schowam się pod stół i przykryję obrusem - powiedział pod nosem z dumą, że wymyślił tak chytry plan jednoosobowej konsumpcji .
Pod ścianą w drugim pokoju było miejsce w sam raz na taką kryjówkę. Zacisnął więc swoje drobne ręce na pudełku i szybkim krokiem zaczął podbiegać we wcześniej upatrzone miejsce.
Krach! zapatrzony w słodkości nie zauważył podwiniętego dywanu w którym ulokowała się jego noga i z całą swą długością stanęła w miejscu.
Upadł na podłogę rozsypując wszystko co tak usilnie chciał zachować dla siebie. W szoku i w wielkim zaskoczeniu nawet nie wstał. Leżąc, zgarniał wszystkie słodkości w zasięgu ręki i łapczywie wpychał je sobie do gardła, aż z lekka zsiniał krztusząc się mimowolnie.

Obserwator widząc co się dzieje podszedł z wolna do łakomczucha, który jak kameleon zmieniał swoje barwy i uderzając go odpowiednio w plecy łagodząc męki.

Pozbierali resztę nie nadjedzonych słodkości i wrzucili do pudełka. Reszta została zebrana  w bawełnianą chusteczkę Obserwatora i schowana do kieszeni.

Mały wstał, wziął pudełko i poszedł do salonu usilnie częstując gości tym co pozostało w pudełku w kształcie serca.

Obserwator zachował jego łakomstwo w kieszeni i odszedł gdzieś niepostrzeżenie.
Zapomniał otworzyć wieczorem okna, przespał w duchocie świeżej pościeli krótką noc. Wstając potknął się o wczorajsze myśli i butelkę niedopitego wina. Dzień będzie wyglądał inaczej - pomyślał w głębi nie zgadzając się na to co może go dziś czekać. Zrobiwszy sobie kawę poszedł na balkon, podsunął krzesło. Stanął na nim.
-jestem za nisko i za daleko.
Zrobił kolejny krok, otworzył oczy szerzej. Stojąc na barierce przebierał palcami u nóg wystukując rytmy zasłyszane dwa dni temu.
Kusi iść dalej, zrobić kolejny krok po niewyczuwalnej podłodze, którą układał przez sen. Czy wytrzyma pod moim ciężarem??
-czuje się lekki.
Wykonał ten kolejny krok z pewnością.

Obserwator zawisł w oknie patrząc jak unosi się z lekka i dziko w wielkomiejskim zaduchu.

to ja...

Tak to ja, nikczemnie, przyznaje się\
to ja ukradłem księżyc. Chcę patrzeć na niego\
chcę mieć go egoistyczni dla siebie
Ten starzec z bliznami wiódł mnie przez czas
moich dwudziestu paru blizn zostawiając ślad 
Wziąłem go pod ramię jak ojca zmęczonego po pracy
On nie mówił nic, ja również nie
Wiedział o czym w tej danej chwili myślę
Ja nadal nie mówiłem nic
Uśmiechał się udając że ma siłę tak trwać \
i każdego wieczoru dawać światło odbijając 
swoje lico jak na zdjęciach 
dziś nie miał siły

Między myśleniem

Wciąż świadomie pragnę obiecanego
Czego…- skarcenia
Psycho- czy fizycznego
Na ołówek napiętego sumienia
Wspomnienia pieczonego w oleju
Niczym jęzory świńskie
Na patyk wsunięte
Chcę mieć nie mogę
Sadyzmu wrodzonego
Nie posiadam
Nie ukradłem ani nie kupiłem
Po prostu nie!!!
To czemuż kłuje mnie w nadnercza
Tasiemcami długie impulsy magnetyczne
Co przez rdzeń i komórki nerwowe
Na dziki zachód hen w moją głowę
Wślizgują się i patrzą oczyma mymi
Jako Freudowskie ID
Co krzyczy „RULEZ”!!!
I mocarnymi łapami okręcaj się
Wokół krtani
Na lewo lew
Wydrapany z atlasu podróżniczego
Łączy się niepozornie
Z koszmarnymi snami
Z lat mych nie innych jak dziecięcych
Tworząc niby swój własny psychoświat
Pełen impulsów barw
Reaktywacja
Podczaszkowego
Wszechnieogarniętego
szaromasowego
lądu tysiąca i jednego wspinacza
międzyczasu

PŁÓD

Zaliczam kolejną dziwkę uliczną,
Zapładniam,
jedną po drugiej gdzieś w ciemnościach,
trzymam je za kark tuż za rogiem, 
zostawiam w nich coś od siebie
Zielone twory. płody moje do zniszczenia.
To one krzyczą po nocach.
Chodź za mną, a pokaże Ci te wszystkie stany upojenia
kiedy ciała drżą w ekstazie
po zastrzyku narkotyku
w podniecie i adrenalinie.
czas znany, ulice jeszcze dziewice
raz po raz będą rozchylały słoje łona.

Skoro mówisz że jesteś

obserwator : Mówisz, że jesteś, ale czy na pewno?

Ty? :  Piszę więc jestem, pozostawiam ślady trwałe. Więc jestem.

obserwator : Ale czy jesteś gotów wyjść tej nocy poza przestrzeń, poza zamknięte oczy, poza sny, poza to co jesteśmy sobie wstanie wyobrazić?

Ty? : Zobaczysz.

obserwator : Jak Cię rozpoznam w takim razie, skoro znamy się jedynie ze sczytywanych myśli.

Ty? : Poznasz mnie na pewno.

obserwator : Dobrze więc, zabiorę moje dzieci. Te skryte jeszcze przed Tobą. Zabiorę skrzydła z szafy i mój zielony garnitur dziurawy. Będę na boso błądził bez celu rzucając cylindrem w gwiazdy. Uśmiechał się głupkowato.

Ty? : Ta noc należeć będzie do naszych dzieci.

obserwator : Ta noc przerodzi się w części elementarne Ty będziesz jej niewinnością, ja zaś sprzeczny z Tobą  całość złych emocji przeleje na siebie. Umiem świetnie sobie z nimi radzić.

Ty? : ukręciłeś już kiedyś łeb hydrze??

obserwator : Ukręciłem już kiedyś łeb SOBIE.

Re:

Re - i n k a r n a c j a,
Re - i n t r o d u k c j a,
Re - p r o d u k c j a,
Re - w o l u c j a,
Re - s o c j a l i z a c j a,
Re - w i t a l i z a c j a.

Repertuary - slogany - bzdura bzdura !!

sen

Odśwież swoje myśli na poczekaniu bez biegu i przedbiegu.
Otworzyć oczy i zbudzić się w innym świecie,
Tam gdzie marzyłeś być - ja jestem
Ty umarłeś na mych oczach, na moich ramionach,
Wiec czas znów zamknąć oczy i obudzić się w  miejscach nieznanych
Gdzie ty  ani ja jeszcze nie byłem, w stanie w jakim jeszcze się nigdy  nie znajdowałem,
Wiec uciszam myśli mój drogi przyjacielu i oddaje się mocą których tak do końca nie rozumiem.

Popija swojego drinka nerwowo przesuwając w palcach swoją monetę szczęścia. Zaciska zęby tak, aby przed resztą graczy nie zdradzić się, utrzymać pokerową twarz. Dwie karty przed sobą... dumna dama pik i wściekły goniec trefl... zupełnie nic.. na stole trzy karty zasłaniające swoją moc. Spojrzał w prawo, tam pot zlewa się po skroni niezbyt wysokiego macho rodem z włoskich Alp... pewnie karta mu nie służy... pomyślał i mruknął pod nosem melodię tylko jemu znaną...po lewej stronie niezbyt pewna siebie pani ubrana w perły i drogie futra rozdrapuje paznokciem swojego kciuka. Tak. to pewnie je rozdanie, albo blefuje tak idealnie. Ta kobieta... nawet dym unoszący się z papierośnicy nie przyćmił jej piękna... blefuje na pewno... Patrzy na diabła- krupiera... dorzuca dwie monety, podbija stawkę. Dla zwykłego śmiertelnika jest już za wysoka. Cyrografy in blanco zostały podpisane zanim przystąpili do tej ostatecznej rozgrywki.
Stawka podbita!! czas sprawdzać
pierwsza karta... AS,
druga karta........dziesiątka,
trzecia karta...??
błagam niech to będzie król... król... król... -myśli wściekle nie mogąc się już doczekać- oczy rozbłysnęły mu się jak w pełnym szaleństwie.
Krupier odwraca ostatnią kartę...
...goniec... czar pryska
krupier zabiera ze sobą cyrografy i całą pulę szczęścia będącą na stole. Odwraca się, a ogonem zmiata wszystkie niepokoje.

Tej nocy odważę się skoczyć, nie zapomnę Ciebie nie zapomnę siebie



Znowu balkon, znów majaki, grzesznością będzie przesycona noc. Nie dygocze moje serce przymrożone. Echo pre-ego już nie słyszę w głowie. Zakotwiczone myśli, pragnienia chłepcze łapczywie jak zwierze. Wyć do księżyca jeśli się zachce, wyć będę do bólu krtani. Szatani kręcą się w koło kusząc nędznością , próżnością i łatwizną. Spal te wszystkie kurwy na stosie wybujałego materializmu, albo skul się jak pies.
Wierzyć bardziej wilkom niż bożkom. Rysując po ścianach własną krwią pozostawiamy na chwile swój ślad, jak  insygnia śmierci dając życie gdzie indziej.
Hydra sama ukręciwszy sobie łeb położyła się obok na łóżku. Tam zdechła, został po niej smród.
Na parapecie usiadł zamyślony. Wpatrywał się mimowolnie w swoje odbicie w brudnej szybie, aż na twarzy zagościł próżny uśmiech w grymasie jakim zawstydziłby najbardziej najedzone dziecko przy misce kaszy ze szpinakiem. Odważył się otworzyć okno. Oczy zmrużył, zapadając się jakby pod ziemię. Stał się nie widoczny dla materii. Skupiając się na własnym oddechu i łaskotaniu przez wiatr jego zmarszczek mimicznych. Bliżej mu było do powierzchni kwantów, neutrinów, a może nawet bozonów.
Zatarł się czas między nim, a obserwatorem stojącym w kuchni i pijącym kawę.
wypowiedział tylko jedno słowo:
- jestem.

czas znów wrócił do normy