znam tę melodię
co o brzasku
słyszę z twego okna
przechodzę, z lekka
się uśmiecham
idę dalej...

nutę opisuję
zmęczoną kobietą
co dłonie ma czarne
od węgla lub sadzy

dźwięk usiadł przy ogniu
byt przysłuchiwał się
trzaską
zanurzył się
w barwę i woń
znikającego drewna

znam tę melodię
słyszaną
z twego okna
na reszcie zasnęłaś
cicho jest w pokoju
snuje się milczenie
a mróz jest wokoło

siedzę mimochodem
na zegar spoglądam
i myślę...

jak długo spać będziesz
moja niepewności
zapraszam cię
na zatracenie
świadomości
własnej poczciwości

zapraszam
na dziką rzeź
niewinnych
słabości

okryjemy się
kocem
a pod kocem
gdzie zegar
nie bije
północy
pokażę ci
setno spraw
miliony
dusz milczących
i kroplę wina
zmieszaną
z potem

reszta
może się
ubrać
i stać
stoję do cna wyczerpany
nie patrząc na wiatraki
nie potrzebne mi są zrywy
uniesienia melancholii

zmęczony położę dziś
spokojem głowę na podłodze
patrząc się w cienie
milczące kąty i sklepienie

zasnę
spokojem
wymarzonym
spoglądamy
na siebie nawzajem
na zdjęcia
przed rozstaniem
widoki
za oknem są takie same

patrzymy
po sobie
po lustrach
po witrynowych

i nic co ludzkie
nie obchodzi nas wcale
i nic co zwyczajne
nie podnieca nas wcale

wyciągamy myśli
by sprzeczać się

bo tylko one są
na tyle inteligentne
przebiegłe jak my
by mogły z nami
konkurować

Siedział tak czasem na przystanku nie wierząc że przyjedzie o umówionej porze. Rzucał kamieniami w puszki oddalone o 20 metrów, tuż przy płocie. Ze znudzenia postanowił przesadzić kawałek ziemi butem trafiając niby to przypadkiem w kocura sąsiada. Potem zdjął buty i położył się na ławce, patrząc na wpół zmrużonymi oczami na niebo, uczepił się słońca. Palcem starając się zmienić jego statyczny bieg po nieboskłonie. Mijała godzina za godziną kiedy znudziło mu się to zabawianie i chciał wreszcie wrócić do domu. Chciał założyć buty, zatem po omacki przyklepywał stopami ziemię na próżno. Ze złością, że musi wstać, machnął gwałtownie ramionami i w półcieniu zauważył ruch nie swój. Był to gwałtowny świst omijający jego ręce. Siłą dynamicznie spoczęła na jego twarzy roztrzaskując nos. Krew trysła dodając barwy popołudniowemu słońcu. Twarz schowała się do wewnątrz. Ruch zamilkł. Cienie zniknęły, buty również.

roztapiam się
przy stole
w ogrodzie
między winoroślą
a jabłonią schyloną

jak bardzo jest mi daleko
do nieba
świeżego powietrza
i wonni piżma

daleko są ludzie,
ich zmartwienia,
gadulstwo,
codzienność,
ich nieludzkość

rozkładam się
na czynniki:
myślące,
zaniechane,
żyjące i obumarłe

pod stołem
w pudełkach
po butach
pozostawiam
cząstki własnego
jestestwa.
bezsenność rodzi w nas
niepewność bycia tu i teraz

zegar stapia się i zwalnia
swoje zaspane ramiona

a my naprzeciw niemu
zaczynamy wirować

szukać miejsc gdzie można
kłaść głowę i marzenia

bezsenność stawia nas
w stanie nieważkości

co robić?
próbować zasnąć?
milczeć?
kochać?
szczodrze chłępczę
co los mi zgotował
przyspasabiam się
do bycia ptakiem
co lata na przekór
siłą, oporą, przeciwnością

kleję pióra
do marynarki
by skoczyć w przepaść
czy zadziała?
wiara w niewierności
może czynić cuda

drodzy obywatele
wiedzieć trzeba
kiedy siłą swą
można porywać się
na misterność
i plugastwo

mogę mieć tysiąc
jak nie mieć nic
to ja
 to my
  to wy
rozpuścił się
zator
polały się łzy
roztrwaniam
sekundy
bijącego serca

tego dnia
przebrałem
się w myśli
wychodząc
na przeciw
oczekującym

raz porażony
nie sądziłem
że porażać mogę
niestabilne
emocjonalnie
potwory