rozbieram się
z krwi i kości

stoję przed lustrem
zdziwiony

zaczynam liczyć
niechętnie
niezbyt ciekawie
kosmate mięśnie

drgają podrażnione
spazmy i migoty

zwał w moje oczy.
słońce spłynęło
w garści wino niosąc
upiło się życiem
spalaniem i byciem

słońce odsączyć
wyłączyć na przekór
burzą kosmicznym
dać spaść swobodnie

i mruczeć cicho
na balkonie
teatru życia

patrzeć na słabość
owijać ją wokół

spoglądać w niebo
gdzie nic się już nie che
leniwe treści
lenistwo jest wszędzie

bo po cóż bóg wymyślił
sił przyciągania prawa
kiedy się nie chce
puszcza w grawitację
otwieram drzwi
otwieram sny
sączy się grzech
żmija gryźć chce

nogi już puchną
oczy zawrócą
śni mi się ból
czy on jest mój

pękam od środka
wycieka żądza
podłoga lepka
zło me zaciera
próbuję
ciągle próbuję
wstać
wchłonąć dzień
cały
nie wyrzygać się
chwilami

zator sam
powstrzymuje
mnie przed
rozdarciem żył

a ja ciągle próbuję
złapać za rogi
capy i jednorożce