gdzie jest pętla
którą miałem na szyi
gdzie są sznury
krepujące me ruchy
jak daleko odszedłem
od swojej pułapki
gdzie jest mój wspaniały
dręczyciel prywatny

ile czasu jeszcze upłynie
kiedy z tęsknoty
sam w pętam się w chryję
i odszukam oprawcę swojego
proponując mu wzajemną obecność
świadomość,
już sama sobą udręczona
próbuje zgasić
swoje rządzę
niewyczerpaną.
nie podjada wieczorem
informacji skradzionej
i schowanej pod poduszką
nie tyje w swojej własnej złości
gdy co rano sprawdzam jej wagę
nie płacze

kiedy tak patrzę na nią
lekko skrytą pod kocem
to uświadamiam sobie
że coraz mniej wydaje się być
niedojrzałą
zabrakło pod stołem miejsca
abyś mógł zasnąć
wtulony sam w siebie

zakotwiczyć się pośród nóg
nieznanych i drewnianych
nóg ludzi o sękatych myślach

drzazgą byłeś w ich oczach

siedziałeś cicho
nerwowo przebierając rękami
zabrakło ci broni

kule wtopiłbyś w ciała
gdybyś tylko miał sposobność
pokój zanurzyć we mgle

noże to też rozwiązania

.
.
.

Tak, jest znacznie lepiej.
próbuje wsłuchać się
w mrok nieskończony
przecinam wstęgę
stworzoną z niepokoju
i już nie od dziś
kapitanie, to ja
wypłynąłem w nieznane

mnożą się dni
choć czasem
z niedospaniem
pełne pokoju
wewnętrzne
błogo - trwanie

więc mów co chcesz
lub nierób nic, wcale

ja będę trwać
w swoim stanie
gdzie głowę chowają
przegrani?
ci co polegli
w logomachii?

co mnożą w głowach
głupcy?
pożarci w majestacie
próżni??

czy kiedy przełykasz gorzki
smak czekolady,
uświadamiasz sobie,
że to może
trichloroetylen?
Umierasz,
Bezdźwięcznie wychodzisz tylnymi drzwiami ze sceny życia

Bezdusznie patrzysz na to, co pozostawiłeś,
Tak palą się obrazy, tusze i twoje zmarszczki
Umierasz sekundą świata skacząc z jej hiperboli,

 by móc się roztrzaskać gdzieś blisko liczby pi( )
Rodzi się
nieznośna
lepkość bytu
co złącza to
co niechciane

Skleja mą duszę
lepką mazią w trumnę
pieszczotliwie zwaną
pogardą

Ile jeszcze trwać będzie
ten tajemny krąg dusz
niby bliskich
a jednak mi nieznanych
i bawić się będą
mną, moją głową
i moim życiem?

wciąga mnie w siebie
masa krytyczna
karmi mnie sobą
nierzeczywista

siła...

płonę od środka
choć tego nie chce
łapie mnie znowu
moc hipnotyczna

idę...

gdziekolwiek mogę.
światła gasną
kiedy wieszają się sny
lekko czoło opada
pełni nie ma dziś

rozlewa się milczenie
nie, to co ma
dziś znaczenia
gdy dniem rodzą się
od nowa
stare serca
stare ich spojrzenia
wirują mi myśli
ponad nieboskłonem
próbują się zerwać
z kajdan swego ciała
by móc pozbierać
to co rozsypałem
tak,
mówmy do siebie
językiem pisanym
wyrwanym z kontekstu
słowem
nie zrozumiałym
co czwartym wersem
tylko dla siebie
sczytane
historie opisane
jeszcze raz
tym razem spokojnie
już miesiąc trwa
zasiedzenie
nie możność
i zmartwienie

ktoś ukradł
korki z pamięcią
i odciął
wodę najświętszą.

więc budzę się
znów przed świtem
czegoś pragnąc
o tak ponad życie!!

składam się w pół
przy porannej kawie
by myślami sięgnąć
tej jedynej prawdy
bolą mnie żyły
poprzez zatory
tłoczą się
ignoranci
przenikają
z krwi
zatruwając
organizmy

biorę więc
żyletę
lekko rdzawą
historię
i wypruwam
tych wszystkich
niedokończonych
pogubionych

usiądę
wpatrując się
w zorzę
rys na szkle
już nie usunę

rozkosz łapie mnie za ręce
woła za mną
gdzie ja pędzę
czemu oczy mam spuszczone
i zanurzam się w utopię

patrzę szczerzę mówiąc cicho
"dziś wychodzę na podwórko
znaleźć tkliwość
chwil ulotnych
móc ją upić swoim głosem
i rozkochać jesień w sobie"
dotknęła mnie tego ranka
nostalgia milionowego miasta
gdzie snują się jakby inni...
bezimienni

budzę się po raz wtóry
w popołudniowym nie śnie
by natknąć się na ludzi...
dusze martwe

tak ubrać chciałbym w słowa
imiona rozsiać wokół
by można jednym kocem okryć
to wrześniowe miasto
nie czas i miejsce
zważać na całuny
one już odkryte
one już przejrzałe

spójrz jak świeże jabłka
gniją tuż przy drzewach
młody oddech słabnie
brak mu sił na trwanie
złamałem swoje myśli
złamałem swoje bycie
tylko dlatego
by wyśnić sobie inne

złapałem się na wędkę
złapałem się za serce
tylko dlatego
by wierność mieć w butelce

i oczy się rozświetlą
ogniem napełnią źrenice
jak tylko zobaczę zdziwienie
szczerym uśmiechem je zniszczę
zapomniałem jak mam znaleźć
po wieczorze ten poranek
który w swojej przejrzystości
mógłby wchłonąć nagłe mdłości

proszę siebie już nie raz
znaleźć drogę tę przez las
by inaczej móc podążać
z wiatrem częściej w szachy pograć

snuje wieczór swe historie
czasem czyta moje żądze
te ukryte w moich oczach
widzisz je? a gdzie Ty stąpasz?
jem
chleb

jem
chwile

jem
życie
krąg róż usłany nad jeziorem Białym
krąg ust i rąk splecionych ciałem
krąg ludzkich dusz zaistniałych

tam molo ciszy wśród gwaru uśmiechów
tam tańce byłych niczym w noc Kupały
tam łzy się łączą szczęścia i rozpaczy

drodzy mi ludzie drodzy po trzykroć!
drodzy mi w tańcach i ci którzy milczą
drodzy mi wy co stać już nie chcecie

i w nową drogę też ze mną idziecie
krzywo ręce
układają mi się
do modlitwy
dotyk ich sam
w sobie dziwny
słyszę ciszę
pomiędzy cieniami
czy pamiętam
jak zgiąć swój kark?

słabnie węch
i poczucie bliskości
między światem
nikną wyobraźnie
czy teraz czas
pić krew
by powróciły
lotne jesienne
sny z pajęczyn
wrogo patrzy na mnie czas
czy dogonić chciałby nas ?
wyjścia nie ma
ujścia również
więc do przodu
biec na próżno?

oddech wziąć
zerwać smycz
czerpać łyk
błogo śnić

mam ochotę
na niesforność
śmiać się głupio
błogo błogo

głupcy piszą
o rozterkach
głupcy piszą
o tęsknotach
głupcy piszą
bo się boję
wyjść tak z łóżka
lewą nogą

pociąg relacji Kraków- Warszawa

nie od razu zrozumiałem
co tak naprawdę
miałeś na myśli
nerwowo sprawdzając
drzwi pociągu

mówiłem coś do Ciebie
jednak bez reakcji

zamknięty w sobie
drżący i chaotyczny

byłeś skupiony
tylko na tych drzwiach

a ja nie pozwoliłem
Ci wyskoczyć
patrz,
wyginam łyżeczki
myślami
jakby były tylko
listkami
z łatwością stapiam
ich duszę
tak czasem muszę

mrugam,
leniwie kantem oka
tak tylko
bez wzruszenia
rozpoznaje
pejzaże słońca

i wołać nie będę
do nieba
chmurami zaklejać
powieki
by nieuchwytnie
trwać
wraz z oddechami
wielu graczy
urodziliśmy się przyjaciółmi
do krwi zdrapywaliśmy kolana
wisząc na drzew konarach

orientowaliśmy cele swoje
na rozwój czasu między
lekkimi posiłkami prosto z lasu

wdrapywaliśmy się na niezdobyte
góry, pagórki i piaskownice
błogością przepełnione życie

rokowano nam wieczną młodość
donikąd drogą iść prosto
ku prerii tej za trzepakiem

aż pękło nam światło marzeń
.
.
.


Wyryty uśmiech na twarzy
Pozostawić mam dziś ochotę
Złożyć w pół zmęczone ciało
Otuliwszy się tajemnicą

Koc gruby zarzucić na siebie
Niczym mag władać pustkowiem
I poszukując potworów
Zapukać do wielu mieszkań

Potem patrzeć spod byka
Jak energia truchleje
Zanim chwała przeniknie
Dobrze przeżyć tę chwilę
a wtedy stało się
pękła, rozsypując się
mrokiem na podłogę
ku przestrodze
zaczerpniętej z wiersza
czarnym snem
połamanego sumienia

czy da się wierzyć jeszcze
w człowieka?
przed szklanką wódki
wypitej jednym haustem
czy nasze czyny są
zmanipulowane
i tak naprawdę
jesteśmy podłymi
skurwysynami
poniekąd
huśtały nam się emocje
a dokąd
biegną te ręce ochocze
rozmokłe
są oczy jak we śnie
zamykam
ten blask w dłoniach tak szczelnie
nie puszcza
się myśli na bezdeń
tak łatwo
mogą zostać wchłonięte
więc chrońmy
siebie tak skrycie
by znaleźć
nie mogło ich życie

.

srogi głód
rozchodzi się po ciele
kurczą się tkanki
smak się zaciera
pieką mnie myśli
spowalnia przekaz

rozkładam ręce
prawą na lewą
zginam kark dumnie
gwoździe ku trumnie

o ranku rakiem
zawijam siłę
potęgę kruszę
swym animuszem
i w czerwień skrycie
by nikt nie widział
rankiem podaję
rakowi życie
poskramiać dni
rozłączać codzienność
od niecodziennych chwil
złapanych za rękę

wić się i skręcać w kulę
hiperboliczny ukłon
w kierunku nieszczerych
gier karcianych
mimik twarzy
rozsypanych kluczy
które wziąć by być?

stawiam na skłonności
samobójcy
który płynie po chodnikach
prawie nie widzialny
stawiam na szczere łzy
melancholii błysk
co pod wieczór snuje się
w kącikach ust
rysuje deszczem
powieki przymknięte
wiatr zamarł w piersiach

wciągam dym
by ukryć tę część
powierzchni przeklętych

nie, dziś tylko usiądę
patrząc
a jutro zasieję ziarno
oddech goni oddech
myśli gonią myśli
próbują się złapać
choć dzień jest za krótki

tkwię w tym chaosie
choć wyrwać się staram
nie jest mi to dane
życie zapierdala

a usiąść tylko pragnę
na skale
tam w Tatrach
wchłaniać zapach świerczyn
i szlaki poganiać

wziąć kartkę papieru
napisać od serca
i swą tępą kreską
naszkicować wieczór
nie czekaj
na chwile
te uśmiechy
z lekka
pochyłe

nie oczekuj
słowa
pociechy
za chwile
już ich
nie będzie

skroń swoją
przytul
bezwiednie
do stołu

ulżyj słońcu
twarz schowaj

nie oczekuj

dłonie dziś będą
całym światem
rozświetla się mit
poczęcia na nowo
wiekuistość spoczęła
na niczym

próżno nasz szukać
oczekiwań do spełnień

czas zebrać myśli
rozplatać nici
tandem zdarzeń
rozdzielić

podać dłoń
wystukuję palcem nutę
kołyszącą się na minie
twarz swą chcę wykrzywić dumnie
w rytmie deszczu już w południe

złączam zmarszczki
krew nie płynie
ze zmęczenia
pot nie spłynie

wargi moje
już nie w mowie
milkną chwile
sekundowe

płynąć stratą
rokiem pełnym
spławić szczęście
te przebiegłe
rodzi się
pożądanie
kłótni

zatrzec twarz
spokojnej
maski

włożyć knebel
w usta prostego
niezrozumienia

i trzasnąć drzwiami
niedopowiedzenia
zastąp mnie
w swoich wizjach
wnieś mnie
ponad swoje wróżby
ułóż obok

na szczudłach
nieś mnie
wysoko ponad innych
bliżej nieba

złam przekonania
te uparte
aby nowe mogło
wywalczyć
swoje miejsce
pocałuj mnie
kiedy pójdę
złożyć swoje
skrzydła na
trumnie

zanim wiatr
porozsypuje
resztę myśli


pożegnaj się
i odejdź
schowaj swe ręce
pod kocem

pij wiele
wciągnęła mnie
mimowolnie
wplątała w siebie
donikąd
skąpana w słońcach
opatrzność
co lęgnie się nam
po burzy


oślepli już prawie
wszyscy
ogłuchły już także
uszy
nie pozwól oddać
im siebie
nie pozwól znów się
pokochać
już w progu witam mnie
spojrzenie twe
oczy wypuszczasz sowie
zdziwione
jakbym to po raz pierwszy
nawalony
powrócił o trzeciej w nocy
spóźniłem się?

tak, wracać już miałem
chciałem
naprawdę chciałem
nie nazwany
taki zostanie
bez imienny
niczyj

srogi
nie wnikliwy
przejrzysty
surowy

bez wdechu
i energii
wyrazu
i natchnienia

owoc
pisany
ludzkim
nie-...

przewlekłym
stąpamy po ludziach, ich czynach i gustach
wklejamy zakładki pechowe przesłanki

wróżymy swą przyszłość z lekkich fusów kawy
chcemy zawsze lepiej, nie zawsze to mamy

brakuje nam wiele, dużo nam przybywa
lekkość nasza zamiera, czy ty ją pamiętasz?
zaparzam wywar z liści wierzby
sączę cytrynę z twej pamięci
pestki zagryzam krzywię chęci

w mózgu roi się od niepamięci

i tak przewędrowałem suche lata
pustynne pieśni krew hannibala

stopy już lekkie idą bez przeszkód
mrowi się język krzyk jest na wierzchu
zapowiedź końca świata
upadła późnym mrokiem
zabrała cień mej wiary
w zjawy wiecznie młode

zatrzasnęła przed dzień
życie nie wzruszone
to jej cień przewija się
rozmazuje słowa na stronie

pięknem zwana rozpusta
blaskiem chwały swej mieni
rozrzuca perły wszelakie
nie pozostawia złudzeń

magię połykam w pigułach
patrzę na krzywy obraz
rozchodzą się mi źrenice
bezpański gwałcę horyzont
"gry międzyludzkie"

w sieci powiązań
rozciągamy się w prawdzie
nie miej niż ludzi
więzi nam starczy
wisi w chaosie
nasze słowo dobre
w cybernetycznym biegu
nie ma już chęci
by złowić czucie
chłodu spojrzenia
krzyku przy winie
bo nie nawinie się
ludzka dobroć
spłodzona chwilą

o jakże wiele
w nas sprzężeń
zwrotnych

równonoc świeci dziś
pustą frazą
jak z obrazu

po niebie nie chodzą
gwiazdy i półksiężyce
gdzie są

śniade i te siwe
wyobrażenia dzikie

równo podzielą się same
półmrok i wpół niewyobrażalne

to czas myśli kulawych
co przechadzają się
tylko ranem

szukać się będą na przekór
prawą ludzkim
i chyba też boskim

wokół krtani pleść będą
pieśni
rapsody o niedokończonych
krew się już rozrzedza
płynie w ciele szybciej
nocy już nie starcza
wciągam się od rana

ilości nie zliczona
tuż przed moim wzrokiem
zjeść cię chcę oczami
tyle ile mogę
widzę jak wciąga nas
mechanizm samoobrony
coraz mniej krzyku
wywołanego chęcią działania

to kwestia widoku
każdej z perspektywy
wdzięku poprzeklejanego
z czasopism i interpersonalnych
spuścizn w wieczorowych imprez

czujesz dziś tę ciszę?
co szkicuje prototyp
załamanych rąk
nad wiarą z którą
powinniśmy iść przez życie
jakże zawiłe są filmy nasze
nie raz zachwiane i pomieszane

jakże przewrotne książki czytamy
wśród kartek zdania swoje mamy

poczuć pragniemy smaki świata
i koloryty kłaść na wieszakach

chwilą żyjemy, chwilę łapiemy
w bańkach dotyku poszukujemy

błogość nas trzyma
w ramionach swoich

gdy stracisz czujność
łeb upierdoli
zagubieni mają długie grzywki
co kryją ich oczy we mgle
cicho przechodząc ulicą
nie liczą się w płynnej masie

zagubieni jak mgłą okryci
do porannej kawy już nie wytrwają
skrycie sznur na szyję znów zakładają
by na moście zgubić swe zaniechanie
patrzę na zegar
mordercę
rzeczywistości
mnożą się myśli
niewybaczalne
pręgi bólu
pozostawione
same sobie

słaby jestem
by móc walczyć
ze słabością...

...samym sobą

otwarł oczy
ze zdziwieniem
że dziś
że już
że teraz
pora wstać
porą niepoważną
wyjść
i udać się
w kierunku
ciemnej nocy

dziś nie będzie spał
myślał, drżał
ta noc pisać
będzie historię
na szybie zmarzniętej
ciepłym oddechem



poszukuję zachwytu
dźwięku dzisiejszego dnia

co porwie mnie

nie tylko przez godzinę

zapisany tekst

który mógłbym wyryć

na piersiach swych




przeszukuję sterty

płyt i nagrań

gwałtem, na siłę

by móc oplatać się

wieczorem, tonąć
nutą, melodią
błogim stanem 
upojenia

mam głęboką intencję
aby zburzć świat
zbudować go nowa
ołówkiem na papierze
dom, drogę, ludzi
schowanych w przebiśniegu
nie czekających
na głęboki oddech
spełnienia siebie

w podarytch szmatach
idących przed siebie
godnych nazywać się
synem, lub córką
nie zmyślonych
uczuć bliźnich

rysować więc zacząłem
żywą utopię
bladych poranków
aż złamał mi się rysik

nic więcej nie narysowałem
stoczę boje
senne wojenki
byle tylko
nie zapaść się
w siebie
samego
mogę dręczyć
do upadłego
wir za wirem
wchłaniać
niecodzienność
boski dotyk
smakować
jak truskawek

na końcu drogi
zapisać
słowami
"nie masz wskazówek...
radź sobie"
nie wierzę sobie
nie wierzę tobie
nie ufam światu
nie ufam panu

w eter kant
puszczam
wciągam
po uszy
bawiąc się
rozkoszą

by móc
co ranek
nabierać
sił by żyć
jak dawniej
śnić
nieodzownie
wypierać
stany
z gorzkim smakiem
władzy
złotą swoją znalazłem
czarnej gwiazdy to córa

noc przy niej omdlewa
chmurą zakrywa swe lica

kocham na nią tak patrzeć
zapamiętywać jej rysy

i co noc niespodziewanie
wrastać z chwilą jej twarzy
ciężko dziś
zachodzą chmury
wymyślnie
splecione

płyną drogą
tylko sobie
wiadomą

południe wybił
zegar znużony
na południe
każę wieść
swe drogi

zimą przygasłe
serce odnaleźć
ogrzać
pomimo wróżb i przekonywań
widzę cię, w snach cię witam
rozmawiasz ze mną jak nigdy dotąd
mimo sprzeciwu jesteś obok

spoglądasz w przyszłość
chcesz mnie głaskać
zaprzeczać sobie
raz na zawsze

wątłe ramiona
do mnie zwracasz
by niewypowiedziane
mi pokazać

jakżeśmy się tu znaleźli?



w lesie już nawet wiatr nie bywa.
sen zatacza krąg
bez ustanku mieniąc
imaginacji ton

wkręca nas sczytując
wizję, marzenia, uchybienia
mąci w stanach upojenia

nie odparcie wchłania
po trzy czwarte
ducha świętego spokoju

by w sposób figlarny
przekraczać punkty wrzawy
słyszeć
nici pajęczyn
poprzeplatanych
dźwięki

tak jakby
babie lato
się rozpoczęło
w salonie
życia...

wić się
na pokuszenie
w sukni słońca
w falbanach
promieni szukać
szczęścia

szczerość wpisywać
piórem palców
na twarzach
ludzi tych
na przystanku

by choć na chwilę
ich zatrzymać

dla siebie
dla nich
dla ludzkości
słów pragnę
na pokuszenie
na rozdrażnienie
na pogardzenie

milionów słów
płynących potokami
dla motywacji
znak krzyża uczynię

karmić się będę
słowem na śniadanie
rozdrabniać i połykać
a potem wydalać

tylko słów mi brak
w mych ustach
my móc mówić
swobodnie
prosto
i skomplikowanie
ślepcami
poniekąd jesteśmy
zawstydzeni
sobą nawzajem
nie chcemy widzieć
tego co ponad siły
nasze mizerne

dotykiem badamy
ziemię smakujemy
idziemy naprzód
ostrożnie, delikatnie
jak po szkle stłuczonym
z obawy przed ranami
nocą strącą
na pokuszenie
słodycz okrutną
ust czerwień
mieszać

na znak jedności
krzyżować palce
ramiona oplatać
wziąć je
za własne

sączyć tę słodycz
z kwiatu rozkoszy
zatracać chwile
zamrażać czas
rozbieram się
z krwi i kości

stoję przed lustrem
zdziwiony

zaczynam liczyć
niechętnie
niezbyt ciekawie
kosmate mięśnie

drgają podrażnione
spazmy i migoty

zwał w moje oczy.
słońce spłynęło
w garści wino niosąc
upiło się życiem
spalaniem i byciem

słońce odsączyć
wyłączyć na przekór
burzą kosmicznym
dać spaść swobodnie

i mruczeć cicho
na balkonie
teatru życia

patrzeć na słabość
owijać ją wokół

spoglądać w niebo
gdzie nic się już nie che
leniwe treści
lenistwo jest wszędzie

bo po cóż bóg wymyślił
sił przyciągania prawa
kiedy się nie chce
puszcza w grawitację
otwieram drzwi
otwieram sny
sączy się grzech
żmija gryźć chce

nogi już puchną
oczy zawrócą
śni mi się ból
czy on jest mój

pękam od środka
wycieka żądza
podłoga lepka
zło me zaciera
próbuję
ciągle próbuję
wstać
wchłonąć dzień
cały
nie wyrzygać się
chwilami

zator sam
powstrzymuje
mnie przed
rozdarciem żył

a ja ciągle próbuję
złapać za rogi
capy i jednorożce
znam tę melodię
co o brzasku
słyszę z twego okna
przechodzę, z lekka
się uśmiecham
idę dalej...

nutę opisuję
zmęczoną kobietą
co dłonie ma czarne
od węgla lub sadzy

dźwięk usiadł przy ogniu
byt przysłuchiwał się
trzaską
zanurzył się
w barwę i woń
znikającego drewna

znam tę melodię
słyszaną
z twego okna
na reszcie zasnęłaś
cicho jest w pokoju
snuje się milczenie
a mróz jest wokoło

siedzę mimochodem
na zegar spoglądam
i myślę...

jak długo spać będziesz
moja niepewności
zapraszam cię
na zatracenie
świadomości
własnej poczciwości

zapraszam
na dziką rzeź
niewinnych
słabości

okryjemy się
kocem
a pod kocem
gdzie zegar
nie bije
północy
pokażę ci
setno spraw
miliony
dusz milczących
i kroplę wina
zmieszaną
z potem

reszta
może się
ubrać
i stać
stoję do cna wyczerpany
nie patrząc na wiatraki
nie potrzebne mi są zrywy
uniesienia melancholii

zmęczony położę dziś
spokojem głowę na podłodze
patrząc się w cienie
milczące kąty i sklepienie

zasnę
spokojem
wymarzonym
spoglądamy
na siebie nawzajem
na zdjęcia
przed rozstaniem
widoki
za oknem są takie same

patrzymy
po sobie
po lustrach
po witrynowych

i nic co ludzkie
nie obchodzi nas wcale
i nic co zwyczajne
nie podnieca nas wcale

wyciągamy myśli
by sprzeczać się

bo tylko one są
na tyle inteligentne
przebiegłe jak my
by mogły z nami
konkurować

Siedział tak czasem na przystanku nie wierząc że przyjedzie o umówionej porze. Rzucał kamieniami w puszki oddalone o 20 metrów, tuż przy płocie. Ze znudzenia postanowił przesadzić kawałek ziemi butem trafiając niby to przypadkiem w kocura sąsiada. Potem zdjął buty i położył się na ławce, patrząc na wpół zmrużonymi oczami na niebo, uczepił się słońca. Palcem starając się zmienić jego statyczny bieg po nieboskłonie. Mijała godzina za godziną kiedy znudziło mu się to zabawianie i chciał wreszcie wrócić do domu. Chciał założyć buty, zatem po omacki przyklepywał stopami ziemię na próżno. Ze złością, że musi wstać, machnął gwałtownie ramionami i w półcieniu zauważył ruch nie swój. Był to gwałtowny świst omijający jego ręce. Siłą dynamicznie spoczęła na jego twarzy roztrzaskując nos. Krew trysła dodając barwy popołudniowemu słońcu. Twarz schowała się do wewnątrz. Ruch zamilkł. Cienie zniknęły, buty również.

roztapiam się
przy stole
w ogrodzie
między winoroślą
a jabłonią schyloną

jak bardzo jest mi daleko
do nieba
świeżego powietrza
i wonni piżma

daleko są ludzie,
ich zmartwienia,
gadulstwo,
codzienność,
ich nieludzkość

rozkładam się
na czynniki:
myślące,
zaniechane,
żyjące i obumarłe

pod stołem
w pudełkach
po butach
pozostawiam
cząstki własnego
jestestwa.
bezsenność rodzi w nas
niepewność bycia tu i teraz

zegar stapia się i zwalnia
swoje zaspane ramiona

a my naprzeciw niemu
zaczynamy wirować

szukać miejsc gdzie można
kłaść głowę i marzenia

bezsenność stawia nas
w stanie nieważkości

co robić?
próbować zasnąć?
milczeć?
kochać?
szczodrze chłępczę
co los mi zgotował
przyspasabiam się
do bycia ptakiem
co lata na przekór
siłą, oporą, przeciwnością

kleję pióra
do marynarki
by skoczyć w przepaść
czy zadziała?
wiara w niewierności
może czynić cuda

drodzy obywatele
wiedzieć trzeba
kiedy siłą swą
można porywać się
na misterność
i plugastwo

mogę mieć tysiąc
jak nie mieć nic
to ja
 to my
  to wy
rozpuścił się
zator
polały się łzy
roztrwaniam
sekundy
bijącego serca

tego dnia
przebrałem
się w myśli
wychodząc
na przeciw
oczekującym

raz porażony
nie sądziłem
że porażać mogę
niestabilne
emocjonalnie
potwory