z przyczyn takich że zaczynam zapominać wklejać w bloga

dla tych co jeszcze nie wiedzą

https://www.facebook.com/pages/Gdzie%C5%9B-pomi%C4%99dzy-wersami/314141665362103?fref=ts

zapraszam
znikają mi w oddali
ryty twarzy
jakby przez Styks
sam bóg je prowadził

bledną we mgle
całymi tuzinami
suche i upiorne
szkielety i czaszki

a ja sam stoję
u progu podróży
za chwile mam wsiadać?
czy zostać na brzegu?

świadkiem być,
tych co odeszli
czy piewcą z szacunku

stoję we mgle zegarów
pośród ruch wskazówek
za pięć lekkich duchów
oddam swą godzinę
/krok/

krok,
schodami
prób niezliczonych
na wyjście
przejście
przenikniecie

krok,
korytarzem
w kierunku właściwym
tak dobrze
obranym
schematem

krok,
do drzwi
nie otwartych
tysiecy możliwych
zdarzeń

o krok
już byłem
od...

...rozpaczy,
...samobójstw,
...euforii,
...objawień,
...nieskazitelnych i brudnych krętaczy.

o krok za daleko
by wrócić do stanu
dziecięcej naiwności
wolności nauczonej od ptaków
za firaną nie ma
tego kogoś
kogo nie było
a być powinno

nie ma stóp
śladów bytowania
petów
zapachu
szumów i szurania

zdaje mi się
czy tak jest?
- a być - 
nie wiadomo czemu
być powinno

zataczam wzrokiem
po podłodze
czystej do cna
a czemuż tak?

czy pamiętam

nie, nie pamiętam
a co?
a cóż?
stało się-
czy się zdawało?
czy może udawało
że jest

patrzę na ciało
tak, tu było sine
 a tu był strup
gdzie on ?
i ran ślady?
pozanikały?
pozanikały?
czy tylko
mi się zdaję
szarpnęła mnie
kiedyś za rękę
prawda

zrzuciła mnie
na ziemię

-nakarmiła pyłem-

ja wstałem
otrzepałem włosy

uśmiechnąłem się
lekko

-wyszedłem-

odtąd kłamię
w nieskończoność

pluję łgarstwem
rzucam ścierwem

pnę się nogą ponad tobą
gardzę tobą
gardzę sobą

mrowią się dłonie
stęsknione

głuche na dotyk
puste na takt

po spiekocie
deszcz opłucze

smaki warg
natchnionych



ptakiem być
na nieboskłonie

burzy dotknąć
spłonąć w iskrze

być w pomiędzy
ciągiem zdarzeń

rokiem być
i nie być wcale
strach nie kończy się
na drżących rękach
słowach kocham
i przekleństwach
tak, ja też czasem
się boje
chowam w rękach twarz
nie mówiąc nic

na próżno szukać
w starych księgach
miliona pokoleń ludzi
antidotum na
odosobnienie wymieszane
z dwubiegunowym żartem

nikt nie wskazuje
co wyżera od środka

a jednak brnąć każą
z wolną ręką salutującą
ponad chodnik się wznosić
dziękować, dziękować
dzię-ko-wać!
chowa się
po między nami
lita litość
poniesionych
gorzkich prawd
spisanych
palcem nad rzeką

z obiecanych
nowych dni
kurz się ściera
nieprzerwanie

pamiętać
zwykł
tylko księżyc
co po kolejnych
pełniach
przypomina zdrady

zaćmienie
pokrywa się
liryczną płachtą
przemijania
być spójnym
w całości
i w każdej
cząstce
rozkładać się
i składać
na nowo
od nowa
ponownie

być częścią
wspólną
lecz nie
książkowym
przykładem
definicją
hasłem

wchłaniać
wiedzę
doświadczenia
wszywać
w siebie

i pomimo
wszystko
być spójnym
sam w sobie
lekko niechlujnym
drażniącym
łapczywym
zastygam
bez tchu
i powietrza
w nozdrzach

zasycham
niczym korzeń
bez pnia
i liścia

przenikam
czasu
ujemne
wskaźniki

zacieram
ślad placów
z powierzchni
gdzie stąpam
pomimo
gotowego
piekła
nie bój się
żyć,
śnić

nie martw się
żeś zależny
kruchy
i łamliwy

delikatny
niczym wiatr

kryształowo czysty
nie skażony

być to twoje imię
więc idź
przed siebie
dumnie niosąc
je na piersi
wyryte
niczym znak
i testament
chciej być
być na prawdę
zrobiło się głucho
noc przychodzi
niespokojna
sklejona niepewnością

z nieba spadają
meteoryty
potrzeb
niespełnionych

och nie
nie przychodzą
nigdy do mnie
zorze

co w kolorze
nadziei
plątają
sny z rzeczywistością

mgiełką lekką
zwaną alternatywnym
przebudzeniem
zgasiłaś światło
do pokoju mego
odszedłem
nie pytając

spakowałem kosz
wspomnień
zniknąłem

pozwól sobie
zapomnieć
napisz list
do mnie
i przeczytaj
spal, tam na górze

niech krąg się
dokończy

zapisz mnie
jedną myślą
i schowaj głęboko
złapała mnie za rękę
skruszonym wzrokiem
mówiła bez słów
polały się
bezwonne, słone
żale nocy osobnych

złapać mnie chciała
za szyję
węzłem opasać
usidlić
by móc wracać
kiedy tylko zechce

nie- wolnym
splątanym
pragnieniem
chciała mnie
dla siebie

bym wiecznie szukał
między regałami
tej twarzy
choć nigdy
się to nie zdarzy

wplą- ta- ny
między stany
odmiany
rzeczownika
DE-SI-RE
spotykamy codziennie
dusze błądzące
zwinięte między
żywymi ciałami

utkwione w labiryncie
czasu i przestrzeni
nie znają wyjścia
krążą po omacku

wchodzą w nasze ciała
by choć na chwilę
mogły poczuć się
jak dawniej

ciałem, krwią
i duszą
połączone

wnikają w nas
kierując myśli
ku swoim sprawą
niedokończonym

sprawiają,
że czynimy rzeczy
czasem dla nas
niedorzeczne

słodkie myśli
przebrały się
na schodach
pomyliły miejsca
przyszły do mnie

zapukały niezdarnie
poniżej mych kolan
w ciężkie dębowe drzwi
otworzyło przerażenie

zmieszały się
wbiły w kłębek
splątały się
sczerniały

dopiero teraz
zaprosiłem je
do siebie
przysiadłem na chwilę
by złapać się myśli
rozebrać ją całą
popatrzeć na nagą
przysiadłem na chwilę
i minął już miesiąc
słońc wschody ratunkiem
pomiędzy tą próżnią

złapałem więc uśmiech
wepchałem w swe usta
i milcząc pokracznie
zacząłem szyć chmury

teraz czekam...

na deszcz urodzaju
co odda swe życia
na smaki owocne
wnikliwie sycące
piętrzące się wzgórza
ponad horyzontem
ramiona łamliwe
słabości powodem
zatrułem się
melancholią
wolno snującą
się pieśnią
drążącą mikro
układy nerwowe

zapchałem się
łapczywością
świata
na poziomie
ludzi-kurw
celowością
pieprzonej
dokładności
i błędów
zamkniętych
pod powieką

ratuj się
przed nimi
wołam do siebie

ratuj się
przed zgrozą
wpychającą
w usta
przewlekły bunt

ten trud
pozostawia
tylko paranoje.
kim jestem?
zapytałem się
po przebudzeniu
jakim wzorcem
kieruje się
przy podejmowaniu
ważnych decyzji

jakim typem
człowieka,
mężczyzny,
charakteru,
jednostki
społecznej
można opisać
moje ego?

ciągłe zmiany
rejestruje
skrupulatnie
opisując
na nano-rejestratorze
tylko po to
aby usiąść
wieczorem przed
lustrem
i spoglądając na rysy
mógł odnaleźć
własne ja
czas zawiesić
myśli tony
czas obsypać
pola słomy
zanieść chleba
tym zmęczonym
i powoli
wynieść trony
zawzięcie walczę
o imię boga
nieznajomego

podpisał się
tylko raz
nie wyraźną
pa-raw-ką
niechlujnie

zostawił mi
krótki spis
urywek notatki
"jak żyć"

nie umiem
rozczytać
wyblakłej
notatki

dlatego
idę
tak
po omacku
uchyliłbym
płuco
na znak
lekkiego
zatracenia
między
drogą
dusz

za
piekące
w szale
oczy

dotknąć
móc
barw
łanu
burz

kropli
smakować
z chlebem
gorzkim
jesteśmy tylko
wspomnieniem
kawałkiem listu
pożółkłym słowem

jesteśmy dla siebie
nie pisanym wierszem
rymem nieskończonym
wzruszeniem

zmrok już zapada
przy szklance herbaty
zmrok już zapada
przy szklance wczorajszej

nie dane nam jest czekać
nie dane nam się znaleźć
Miej siłę
Mień się
Szklanym
Powabem
Falujacych
Rzęs
Miej zawsze
Do powiedzenia
Jedno zdanie
Resztę mów
Czynami.
Łap wiatr
Tam gdzie
Inni już
Zaprzestali
Głowę zawieś
Gdzieś między
Chmurami
Przenikaj
Wnikaj
Zapamiętuj
Milcz
I przeżywaj
Chodzisz mi
Po głowie
Stąpasz
Twardo
Nie zaprzeczalnie
Istniejesz
Mocy nie nazwana
Co łączysz
W jedno ciała
Pokrzywione
Karykaturę
Uczuć wyzwalasz
By móc
Do woli
Spalać wieczory
Skręcać do
Granic wytrzymałości
Ludzkie obejście
Na strony
Wyrzyganej
Pokory
pomarańczy
nagle zapragnąłem
pomarańczy!

twardej skóry
kryjącej
słodki miąższ
soki witalne

pomarańczy
bez trudów
schowanych
w pestkach
i cierpkiego
posmaku
przypominającego
o tym, że żyję
i potrafię
jeszcze odczuwać
ze zdwojoną siłą
wszystkie niewerbalne
pierwiastki
głucho tak
na linii
między sercem
a pragnieniem
wydobytym wczoraj

kto zadzwoni pierwszy?
kto odważy się
zrobić z siebie
pośmiewisko?

głucho tak
za oknami
szarej poświaty
między nami,
ludźmi
potrzebującymi
zmiany
pochowano już
wczorajsze trupy
spalono
w chwale
modłami splątane

wywiesili
na szyldach
ulicy
plakaty.

"radośni
młodzi
przybądźcie
do nas"

i złapią
za serce
pięknych
słów bełkotem

wiedz, że
nie umarły
we mnie
róże

purpurowe
szmaragdowe

kąpane
w opium
nabierając
blasku

świecą
w twych
oczach

szaleją
wirują

napinają
ciało

byś mogła
tylko, w tej
dzikiej żądzy
spłonąć co wieczór
...
zasnąć
jesteśmy nieobecni
zaplątani
w ciszy zakłopotani
gdzieś miedzy
tym co filmem
w szpulach jest
schowane.

skrycie
próbujemy panować
nad własnym światem.

A jeśli los
nie byłby dla nas
tak łaskawy
nie dał nam matki
ani strawy

Rzucił  nas pomiędzy
pustkę
i kazał nam dać
więcej niż mamy

gdzie teraz zbieralibyśmy
swe myśli?
uwaga!

nie zrównoważony emocjonalnie
uciekł dziś z tego świata
w samej tylko piżamie
by jak twierdzi
dotknąć uczuć
w najczystszej postaci.

Ostatnio widziany w parku
niedaleko fontanny
gdzie próbował
językiem zlizać
szczęście z twarz dziecka

psychologowie informują
że większości ludzi
nic nie grozi, gdyż
jak czytamy w oświadczeniu
"są wyzbyci z okazywania uczuć"

ostrzeżenie kierujemy jedynie do
nadwrażliwych i niestabilnych emocjonalnie
snuje się nocami
cichym szmerem
złapany blaskiem lamp
powtarzam sam do siebie
że wszystko to tylko
kwestia perspektywy
złapania fleszem oka
powietrza tańczącego
miedzy nami
przygarbionymi
szarymi
grzesznymi
i zwykłymi
naczyniami krwionośnymi

zastygam
w mroźnym spojrzeniu
człowieka biegnącego
na tramwaj do ...
i wgryzam się
w ślad pozostawiony
na przejściu dla pieszych
zżera mnie od środka
ta chęć dwubiegunowa
złapać się nie dała
ta pasożytnicza sprawa

okrada mnie zupełnie
i gdzie jest moje szczęście
spod stołu słychać drwiny
śmiech mój niespożyty

kręcę się wokół osi
statecznie wiercąc w złości
by wyrwać ją z mych trzewi
uwolnić się od trwogi
zaśpiewaj mi dziś
okryj głosem swoim miękkim
słodkim i ciepłym

usiądę wygodnie
i słuchać będę
nim zapomnę siebie
i odejdę

pozwól bym poczuł siłę
strun twych prężnych grzmoty
mógł w nich znaleźć drogę
własny klucz wiolinowy
kolejny
polejmy
powiedzmy
zmartwmy

złapmy
spójrzmy
potęgujmy
rozbierzmy

stańmy
nadzy
prości
i układni


złap mnie
nie pozwól
mi skoczyć
w dół
 

spójrz głębiej
niż w topiel
rzeki górskiej
tylko ona

kipi złością
szumi jakby
chciała
przemilczeć

to co oboje tylko wiemy...
w porywach szczęścia
rzygamy od razu
ptakami rajskimi
pięknem nieskończonym
pieszczotliwym słowem
miazgą czułych dotknięć

nie patrzymy tylko
jak roztrzaskujemy
z dziwnie błahą łatwością
swoją boską cząstkę