pomimo
gotowego
piekła
nie bój się
żyć,
śnić

nie martw się
żeś zależny
kruchy
i łamliwy

delikatny
niczym wiatr

kryształowo czysty
nie skażony

być to twoje imię
więc idź
przed siebie
dumnie niosąc
je na piersi
wyryte
niczym znak
i testament
chciej być
być na prawdę
zrobiło się głucho
noc przychodzi
niespokojna
sklejona niepewnością

z nieba spadają
meteoryty
potrzeb
niespełnionych

och nie
nie przychodzą
nigdy do mnie
zorze

co w kolorze
nadziei
plątają
sny z rzeczywistością

mgiełką lekką
zwaną alternatywnym
przebudzeniem
zgasiłaś światło
do pokoju mego
odszedłem
nie pytając

spakowałem kosz
wspomnień
zniknąłem

pozwól sobie
zapomnieć
napisz list
do mnie
i przeczytaj
spal, tam na górze

niech krąg się
dokończy

zapisz mnie
jedną myślą
i schowaj głęboko
złapała mnie za rękę
skruszonym wzrokiem
mówiła bez słów
polały się
bezwonne, słone
żale nocy osobnych

złapać mnie chciała
za szyję
węzłem opasać
usidlić
by móc wracać
kiedy tylko zechce

nie- wolnym
splątanym
pragnieniem
chciała mnie
dla siebie

bym wiecznie szukał
między regałami
tej twarzy
choć nigdy
się to nie zdarzy

wplą- ta- ny
między stany
odmiany
rzeczownika
DE-SI-RE
spotykamy codziennie
dusze błądzące
zwinięte między
żywymi ciałami

utkwione w labiryncie
czasu i przestrzeni
nie znają wyjścia
krążą po omacku

wchodzą w nasze ciała
by choć na chwilę
mogły poczuć się
jak dawniej

ciałem, krwią
i duszą
połączone

wnikają w nas
kierując myśli
ku swoim sprawą
niedokończonym

sprawiają,
że czynimy rzeczy
czasem dla nas
niedorzeczne

słodkie myśli
przebrały się
na schodach
pomyliły miejsca
przyszły do mnie

zapukały niezdarnie
poniżej mych kolan
w ciężkie dębowe drzwi
otworzyło przerażenie

zmieszały się
wbiły w kłębek
splątały się
sczerniały

dopiero teraz
zaprosiłem je
do siebie
przysiadłem na chwilę
by złapać się myśli
rozebrać ją całą
popatrzeć na nagą
przysiadłem na chwilę
i minął już miesiąc
słońc wschody ratunkiem
pomiędzy tą próżnią

złapałem więc uśmiech
wepchałem w swe usta
i milcząc pokracznie
zacząłem szyć chmury

teraz czekam...

na deszcz urodzaju
co odda swe życia
na smaki owocne
wnikliwie sycące
piętrzące się wzgórza
ponad horyzontem
ramiona łamliwe
słabości powodem