pomimo
gotowego
piekła
nie bój się
żyć,
śnić
nie martw się
żeś zależny
kruchy
i łamliwy
delikatny
niczym wiatr
kryształowo czysty
nie skażony
być to twoje imię
więc idź
przed siebie
dumnie niosąc
je na piersi
wyryte
niczym znak
i testament
chciej być
być na prawdę
złapała mnie za rękę
skruszonym wzrokiem
mówiła bez słów
polały się
bezwonne, słone
żale nocy osobnych
złapać mnie chciała
za szyję
węzłem opasać
usidlić
by móc wracać
kiedy tylko zechce
nie- wolnym
splątanym
pragnieniem
chciała mnie
dla siebie
bym wiecznie szukał
między regałami
tej twarzy
choć nigdy
się to nie zdarzy
wplą- ta- ny
między stany
odmiany
rzeczownika
DE-SI-RE
skruszonym wzrokiem
mówiła bez słów
polały się
bezwonne, słone
żale nocy osobnych
złapać mnie chciała
za szyję
węzłem opasać
usidlić
by móc wracać
kiedy tylko zechce
nie- wolnym
splątanym
pragnieniem
chciała mnie
dla siebie
bym wiecznie szukał
między regałami
tej twarzy
choć nigdy
się to nie zdarzy
wplą- ta- ny
między stany
odmiany
rzeczownika
DE-SI-RE
spotykamy codziennie
dusze błądzące
zwinięte między
żywymi ciałami
utkwione w labiryncie
czasu i przestrzeni
nie znają wyjścia
krążą po omacku
wchodzą w nasze ciała
by choć na chwilę
mogły poczuć się
jak dawniej
ciałem, krwią
i duszą
połączone
wnikają w nas
kierując myśli
ku swoim sprawą
niedokończonym
sprawiają,
że czynimy rzeczy
czasem dla nas
niedorzeczne
dusze błądzące
zwinięte między
żywymi ciałami
utkwione w labiryncie
czasu i przestrzeni
nie znają wyjścia
krążą po omacku
wchodzą w nasze ciała
by choć na chwilę
mogły poczuć się
jak dawniej
ciałem, krwią
i duszą
połączone
wnikają w nas
kierując myśli
ku swoim sprawą
niedokończonym
sprawiają,
że czynimy rzeczy
czasem dla nas
niedorzeczne
przysiadłem na chwilę
by złapać się myśli
rozebrać ją całą
popatrzeć na nagą
przysiadłem na chwilę
i minął już miesiąc
słońc wschody ratunkiem
pomiędzy tą próżnią
złapałem więc uśmiech
wepchałem w swe usta
i milcząc pokracznie
zacząłem szyć chmury
teraz czekam...
na deszcz urodzaju
co odda swe życia
na smaki owocne
wnikliwie sycące
piętrzące się wzgórza
ponad horyzontem
ramiona łamliwe
słabości powodem
by złapać się myśli
rozebrać ją całą
popatrzeć na nagą
przysiadłem na chwilę
i minął już miesiąc
słońc wschody ratunkiem
pomiędzy tą próżnią
złapałem więc uśmiech
wepchałem w swe usta
i milcząc pokracznie
zacząłem szyć chmury
teraz czekam...
na deszcz urodzaju
co odda swe życia
na smaki owocne
wnikliwie sycące
piętrzące się wzgórza
ponad horyzontem
ramiona łamliwe
słabości powodem
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)