rozgniatasz mnie
myślą o myśl
że w twoich myślach
jest myśl o mych myślach

rozpęta się psychoza
o stopach idących
gdzieś w kierunkach
bliższych niż sądzę

bo ginę i rodzę się
marzeniem w tę noc
nie inną od wczoraj
czego ci brak?

witaj,
jak się czujesz?
co to znaczy?

spłodziłeś marzenia
lustrzanym odbiciem
zarysowały
bicie serca

obrzęk jest zbyt wielki
by zmieścił się
w ramy śwata
doczesności

siedzę nad kawą
słucham posłańców
ręka drży w złości
święty święty święty

posłańcu nicości
schowaj swe
płonne wieści
dla miękkich gąbek

ja stoje na krawedzi
własnej świadomości
spoglądam na bogów
codziennych motłochów
póki oddech łapiesz
jak stąpać po granicach
i wyrwać marzeniami oczy
kulić się łykając z butonierki
łzy zmęczonej kobiety

po nocy wstać niewzruszonym
mimo potu ściekającego
na koc wyrzutu sumienia
i nie czekać na nic

to ja, biegnij, skryj się
bo rozszarpię ciało
wypatroszę żywcem
bez wzruszenia 
stój!
oddam mój pistolet
jeszcze ciepły
nasycony
krzykiem
skowytem

weź!
po czarnej ulicy
wleczony
cieżarem
ołowianej
myśli

precz!
z oczu zniknij
krwi litości
nieznany
smakiem
najedzony
srogo patrzy
 na swe  wyklęte
nie urodzone dzieci
samobójcy

mnożą się głosy
jakoby przedszkolne
bękarty były za tobą
nie dwa nie trzy
tuziny
lecz więcej i więcej
gapiąc się
i szeptając
aż kolana uginasz
pod własnym ciężarem
mróz przepowiada
szybki sen
oby się ziścił przed
oddaniem
głos 1: byłem
głos 2: jestem
głos 3: będę

głos 1: "naprawdę marzyłem"
głos 2: "ciągle marzę"
głos 3: "marzeniem będę się żywił"
głos 1: "zaprzeczyłem sobie samemu"
głos 2: "dobrze zrobiłeś, popatrz na mnie"
głos 3: "zastanawiam się co zrobicie, abym ja się pojawił"

trzem głosom jestem
słychać, nie słucham
zaprzeczam i skarżę się
na odwagę sidła zasadzę
za niekompletność
wypić nie wzgardzę
bo nic Ci nie dam
bo nic już nie mam
uśmiechem nie pogłaszczę
słowem nie zagoszczę

gdy mam już dość
to ciągle skacze
stąpam po morzach
znów od niechcenia
bogowie drodzy
coście zrobili
bym w poczet święty
nie mógł wejść żywy?