Na parapecie usiadł zamyślony. Wpatrywał się mimowolnie w swoje odbicie w brudnej szybie, aż na twarzy zagościł próżny uśmiech w grymasie jakim zawstydziłby najbardziej najedzone dziecko przy misce kaszy ze szpinakiem. Odważył się otworzyć okno. Oczy zmrużył, zapadając się jakby pod ziemię. Stał się nie widoczny dla materii. Skupiając się na własnym oddechu i łaskotaniu przez wiatr jego zmarszczek mimicznych. Bliżej mu było do powierzchni kwantów, neutrinów, a może nawet bozonów.
Zatarł się czas między nim, a obserwatorem stojącym w kuchni i pijącym kawę.
wypowiedział tylko jedno słowo:
- jestem.

czas znów wrócił do normy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz