Ile jesteśmy wstanie oddać za świadomość wolności, nieodgadnionej świątyni własnego umysłu i rozkoszy wpływającej ze źródła własnego ego?
Kiedy zaciera się granica między szaleństwem, a odczuwaniem świata w sposób nie magiczny lecz ulotny. Idąc po ulicach przeżywać każdy krok jakby miał być tym ostatnim odciskiem stopy na rozgrzanym asfalcie rzeczywistości. Patrząc na dłonie, nie widzieć w nich przynależności lecz sklejone właściwie cząstki materii i antymaterii. Zabrakło wieczorów zadymionych i spacerów po burzy.
Dzień jako cząstka wszechświata określona z grubsza markerem niechlujnie na kalendarzu zdarzeń nieodgadnionych w przód, zapomnianych wstecz, rozciąga się jak zwykła guma balonowa do granic wytrzymałości po czym pęka. Dniem tym zawładnęła dylatacja czasu, gdzie ścigając się w trosce o poczucie tożsamości w rozumieniu interdyscyplinarnym zaciera się dotychczasowe- złudne poczucie wrażliwości odczuć werbalnych potęgując do granic Drogi Mlecznej odczłowieczenia i inne schorzenia- będące wynikiem oddziaływania allelopatycznego dnia i nocy. Chemia sztucznie wprowadzana do organizmu jest niczym w porównaniu z tym co potrafimy sami wytworzyć wliczając w to endorfiny, testosteron, melatoninę lub mediatory synaptyczne. Jedną z najbardziej toksycznych wytworów jest zniechęcenie, które zabija szybciej niż komórki rakowe i wypacza z człowieczeństwa.
Jaka jest cena szaleństwa ?? Brak świadomości przeżywania zarówno dnia i nocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz