Przez chwile skulił się w ciemnym kącie łapczywie oddychając. Chciał się uspokoić, tylko uspokoić.
minuta,
dwie,
piętnaście,
ileś tam,
Wyprostował się i robiąc niewielką szparę między zasłonami wypuścił oko rozglądając się po najbliższej okolicy.
Cisza, żywej duszy. Uff
Przeszedł przez pokój zostawiając mokre odciski własnych stóp na panelach.
Ślady były ciemne. Widocznie zranił się w stopy biegnąc martwymi ulicami do domu.
Nie poczuł nawet w którym momencie nadepnął na szkła rozrzucane.
W łazience narzucił na głowę suchy ręcznik, zamknął oczy. Znów zaczęły wirować fioletowe parasole wolno stojące. Tak usną jak zwierze między wanną, a toaletą z ręcznikiem na twarzy i roztrzęsionym oddechem.
Nie wzruszony obserwator odsłonił tylko okna, aby nowy dzień przywitał go słońcem i świeżym powietrzem po burzy.
Nastrojowo...
OdpowiedzUsuńPS Fajnie! (tak, tak, jestem dziwna)